Konopnicka i Dulębianka: opowieść, której nam brakowało

08 października 2025, środa

8 października 1910 roku Maria Konopnicka odeszła spokojnie w domu, który dzieliła ze swoją najdroższą partnerką – malarką i aktywistką feministyczną Marią Dulębianką. “Daj mi te książki od Lewickiej, będę czytać, a ty idź się połóż, posłuchaj mnie” – to były jej ostatnie słowa zwrócone do Dulębianki.

Był to też początek nowej historii – jedynego tak osobistego zapisu queerstorii ich relacji. Maria Dulębianka w przypływie impulsu, niemal chwilę po śmierci partnerki usiadła, otworzyła notatnik i zaczęła spisywać każdą chwilę z ich życia. Przede wszystkim dla siebie. Nie wiedziała jeszcze, że zrobiła tym ważną przysługę także nam – społeczności LGBT+ w Polsce.

Na początku zapis jest dokładny, pełnymi zdaniami: Dulębianka odsłania ostatnie dni, miesiące, lata, gdy Konopnicka raz podupadała na zdrowiu, raz odzyskiwała jasność umysłu. W miarę jak się cofa w czasie, sięga ku pierwszemu spotkaniu — i wtedy ton notatek zmienia się: staje się niechronologiczny, hasłowy, porywający i bezpośredni. Nazwy miejsc mieszają się z imionami, jedno wspomnienie goni drugie. Dulębianka — krok po kroku, chwila po chwili — tworzy pamiątkę wszystkich lat spędzonych z Konopnicką.

Dziś zanurzamy się w tę historię – uzupełniamy luki, animujemy, przeskakując między datami tak spontanicznie, jak robiła to sama autorka. Wszystko po to, by doświadczyć niezwykłej historii ich relacji w sposób znacznie bliższy, niż oferują oficjalne źródła historyczne i pobieżne artykuły w sieci. 

By stworzyć dla Was tę opowieść, przejrzałyśmy od groma ich prywatnej korespondencji, relacji historycznych i anegdotycznych wzmianek – ale nie traktujcie jej jako dokumentu historycznego.

Bo nasza próba to coś zupełnie innego. To prezent od nas, dla Was na Międzynarodowy Dzień Lesbijek. Dość już powtarzania wymazujących queerowe relacje frazesów o “małżeństwach bostońskich”,  “towarzyszkach życia”, czy “wyjątkowych przyjaźniach”. Odzyskiwanie queerstorii to też jej tworzenie.

Prezentujemy opowieść o tym niezwykle ważnym dla naszej społeczności związku taką, jaką bardzo chciałybyśmy ją kiedyś usłyszeć, choć trudno było ją wydobyć spod pozbawionej intymnych niuansów „historii o przyjaciółkach”. W duchu współczesności zastanawiamy się też, czy „Tureckie noce” — tajemnicze hasło, które dla Dulębianki było wspomnieniem jednej z pierwszych randek — nie przypominałyby dziś wieczoru w rytmie Acid Arab, a czy Konopnicka, żyjąc teraz, zamiast zapisywać „Wrażenia z podróży”, nie prowadziłaby raczej travel vloga na wspólnym kanale YouTube.

Miłej lektury.

I wszystkiego najlepszego 🧡.

 

Spotkanie na Oboźnej. Zgadnij, która odważyła się odezwać pierwsza!

Dulębianka wspomina, że spotkały się “u Jasińskich”. Trudno dziś odkryć, o których Jasińskich chodzi, ale możemy się spodziewać – znając aktywistyczne szlaki Dulębianki – że chodziło o Oboźną 5, gdzie przyjmował pediatra i chirurg Roman Jasiński oraz mieszkała działaczka emancypacyjna – Helena Jasieńska.

Co działo się u Heleny? Kto wie, na pewno był to ważny punkt spotkań dla ówczesnych feministek. Jednak nie każda przestrzeń, w której spotykały i sieciowały się feministki, musiała mieć rangę kongresu czy wiecu.

Budynek na Oboźnej 5 w Warszawie, gdzie najprawdopodobniej poznały się Konopnicka z Dulębianką (wybudowany zaledwie 7 lat przed ich spotkaniem!)

Aby lepiej wyobrazić sobie całą sytuację przyjmijmy, że ‘u Jasińskich’ — czyli w mieszkaniu Heleny Jasieńskiej przy Oboźnej 5 — trwała domówka. Mieszkanie było pełne ludzi, którzy po cichu lub z rozmachem wierzyli w dobre zmiany; było salonem, gdzie się dyskutowało, sprzeczano i śmiano, gdzie rodziły się sojusze na drodze do wywalczenia polskim kobietom praw wyborczych. Wiecie — coś jak pierwszoroczne imprezy studentów kierunków humanistycznych, na stancji w okolicach Starego Miasta. 

 

Dulębianka przyszła z koleżanką, rzeźbiarką – Tolą Certowiczówną – ale już po chwili podeszła do nich Konopnicka, zwracając na siebie uwagę malarki. Wywiązała się rozmowa. Dulębianka zaczyna pokazywać jej swoje rysunki. 

Ma pani psychologiczną rękę. – mówi Konopnicka.

Już na wstępie zwróciła uwagę na to, co było szeroko cenione w malarstwie Dulębianki: ponoć przedstawiała postaci na swoich obrazach z niezwykłym psychologicznym wglądem i wrażliwością. 

Maria Dulębianka i jej „psychologiczna ręka”; „Po wyroku” (1900, olej na płótnie)

Następnie – co Dulębianka niemal z rozbawieniem wspomina w swoim notatniku – Konopnicka od razu przeszła do rzeczy, mówiąc — Żałuję, że nie jestem pani koleżanką (😉😉) — po czym od razu zaczęła proponować kolejne spotkania u Jasińskich. Trudno mówić tu o zaproszeniu na pierwszą randkę, bo… — prosi mnie o pierwszą, ale i drugą albo trzecią wizytę – wspomina Dulębianka.

W pewnym momencie Konopnicka – być może zdając sobie sprawę ze swojego nagłego przypływu śmiałości, zaczyna gorączkowo szukać dlań uzasadnienia, dodając –

Nie może Pani przyjść sama… 

Przypomnijmy tylko: to Konopnicka najpewniej pojawiła się u Jasińskich sama, podczas gdy Dulębianka – przybywszy z Tolą, na brak towarzystwa raczej nie narzekała.

 

No i się zaczęło.

Na pierwszą randkę rzeczywiście spotkały się ponownie u Jasińskich. 

Dulębiance wtedy rozpruł się przetarty rękaw marynarki, więc Konopnicka go tam cerowała. Takie były narodziny słynnego, życzliwego określenia, którym pisarka często nazywała swoją partnerkę: “Pietrek z powycieranymi łokciami”.

Tu, spisywane w zatrważającym tempie wspomnienia Dulębianki (równoważniki zdań, to nawet nie są one) z pierwszej randki na domówce u Jasińskich, przeskakują od razu do Willi Frascati przy ul. Wiejskiej 10, w której wówczas mieszkała Konopnicka.

 

 

Co powiedzieć?  Wygląda na to, że początki ich relacji – motyw bądź co bądź znany w lesstorii – szły jak burza. A Konopnicka – cóż, zdaje się że po prostu umiała zaskoczyć “Pietrka” kolejnymi, fajnymi okazjami do wspólnego spędzania czasu. Bo tuż po “Zszywaniu łokcia”, “Frascati”, w pamiętniku Dulębianki pojawia się tajemnicze: 

Muzyka. Noce tureckie.

 

O co mogło chodzić?

W XIX wieku muzyka a’la „orient” była na wyciągnięcie ręki i często gościła na salonowych wieczorach. Organizowano imprezy w motywach “orientalnych” (tzw. turquerie), które były bardzo rozchwytywanym sposobem na zabawę w europejskich krajach już od XVIII wieku. “Muzyka. Tureckie noce” przywodzi na myśl zachwyt, gdy słucha się po raz pierwszy Acid Arab, zanim poznamy twórców Libańskiej, Marokańskiej, czy Palestyńskiej muzyki elektronicznej.

Wieczory w stylu turquerie nazwalibyśmy dziś być może trendem, ale w XIX wieku były także nostalgią utkaną ze zbyt upraszczających, wyidealizowanych, wyobrażeń na temat “orientu”. Być może o taki właśnie wieczór chodzi? — Konopnicka i Dulębianka kołysały się do XIX-wiecznej wersji Acid Arab, którą wówczas były pisane i grane przez europejskich kompozytorów melodie alla turca, snując marzenia o nadchodzących podróżach?

 

* * *

 

Na tym etapie zapisków Notatnika– Dulębianka wręcz wypluwa swoje wspomnienia, ledwie nadążając za własnymi myślami. Bo oto z tureckich nocy przenosimy się od razu do wyjazdu na Polesie, gdzie Konopnicka zabrała ją w odwiedziny swojej koleżanki – Marii Rodziewiczówny. Kto wie — może to właśnie była ich pierwsza wspólna podróż?

 

Dwie Marie, które zawsze stały za sobą murem

Dulębianka bywa przedstawiana, jako ta silna partnerka, która przejmowała dowodzenie i broniła swojej K. Podczas jednej z morskich podróży, gdy schodzący ze statku tłum niemal Konopnicką stratował – z pomocą od razu przyszedł „Pietrek, blady i mężny, nic się nie bał, tylko mnie bronił” – chwaliła się w liście dzieciom. Ale rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona, niż stereotypowe wyobrażenia “bladej i mężnej” partnerce Konopnickiej. 

Dla przykładu – kiedyś, podczas ogólnopolskiego zjazdu kobiet (Warszawa, 1907 r.), Dulębianka wygłaszała swój referat. Na tym zjeździe Konopnicka była gościnią specjalną, gospodynią wydarzenia. Ranga obydwu prelegentek nie przeszkodziła jednak publiczności na czynienie sobie uszczypliwych żartów, ironicznych komentarzy rzucanych ni to pod nosem, ni to otwarcie, od chwili, gdy Dulębianka otworzyła usta. 

Podobno chodziło tak naprawdę nie o treść referatu, a o jej związek z Konopnicką. Jedna z miejskich legend głosi, że pewnym momencie Konopnicka wkurzyła się i ostentacyjnie wyszła z sali. 

II Zjazd Kobiet w Warszawie (z pierwszego nie zachowały się zdjęcia)

Sprawozdania z tego dnia są niejasne – niektórzy mówią, że Konopnicka wyszła podczas przemówienia Nałkowskiej, gdy głosiła słynne “Chcemy całego życia!”, bo podejście Nałkowskiej w kwestiach obyczajowych było dla niej zbyt trudne do przyjęcia. Jednak czytając prywatne zapiski Konopnickiej często widzimy, że chętniej ironizuje, niż uderza w ton moralnego oburzenia. Ponadto otwarcie krytykowała zastałe reguły społeczne, uwielbiała wytykać hipokryzję duchownych, wprowadzając ich w osłupienie.

Z jej twórczości literackiej wiemy też, że sprzeciwiała się nierównościom społecznym, dyskryminacji. Dlatego raczej trudno wyobrazić sobie ją jako osobę, która wychodzi i trzaska drzwiami, bo Nałkowska powiedziała coś “zbyt radykalnego”.  Ale jest to zupełnie zrozumiała reakcja na homofobiczne ataki uderzające w nią i jej partnerkę.

Ich zapiski ukazują też inną, a równie ważną stronę ich związku – niezwykłą kompatybilność, umiejętność podążania za sobą i wspierania się, czasem niemal intuicyjną. Najlepszym dowodem tej strony ich relacji są ich liczne podróże i wszystko, co dziś o nich wiemy. 

 

Veneto – objawienie nad Adriatykiem i kaszel Gondoliera.

Mdlejące nenufary 

Kiedyś wybrały się w podróż po Veneto – wrażenia Konopnickiej z tego, pełne typowego dla Włoch u schyłku XIX wieku zgiełku, pchały jej emocje ku gwałtownym przeobrażeniom – od zupełnie nieprzewidzianych momentów upojenia i zachwytu po ironiczne, poirytowane żarty na temat otoczenia. 

Zwiedzając z Marią weneckie zabytki, podniosłym tonem pisała…

Wschód tchnie tutaj na wędrowca z porfirów swoich i mozaik starych, a każda kolumna ma swoje sny o palmach i niewolnicą jest na służbie zwycięzców stojącą. Chrystusy o ciemnych twarzach patrzą z den złocistych obrazów, a proroki stare w majestacie siedzą, a duch lata pod sklepieniami, natężony w sobie i płonący bardzo.

Ale wystarczyło, by tylko wyszła spod bogato zdobionych świątynnych sklepień – i natychmiast zmieniał się jej humor:

— Cóż, kiedy na dole gwar i ruch rośnie (…) U drzwi zaraz obdartus chwyta cię za poły i przemawia do ciebie wszystkimi językami świata, i przemówiłby językiem rajskim, gdyby tylko Adam, ten z pysznej mozaiki, w atrium kościoła na sufit rzucony, miał tużurek, w nim kieszeń, a w kieszeni — lira.

(…) Bronisz się, chcesz być sam, ale zajadły oprowadzacz nie pozwala ci na to. Krok w krok za tobą idzie i na myśli twoje następuje wielką swoją stopą. Jest on urodzonym nieprzyjacielem wędrowców zadumanych i cichych. Zaledwieś w kącie jakim stanął, wnet ciągnie cię na galerię, pokazuje wota w ołtarzach i trąci winem. Odsuwasz się, lecz on jeszcze „nic dziś w ustach nie miał”; „mógłby mszę odprawiać, gdyby był księdzem”.

Na szczęście — nie jest księdzem.

 

Całe szczęście, że ich wycieczka na Lido obfitowała w znacznie przyjemniejsze doświadczenia. 

Mogły w końcu odpocząć od zgiełku i usiadły nad brzegiem morza. Konopnicka, podziwiając piękne, dynamiczne fale Adriatyku, tak głęboko zatopiła się we własnych refleksjach, że zupełnie straciła poczucie czasu. Przemyślenia pochłaniały ją głębiej, i głębiej, i jedno przemyślenie przepływało w drugie, tak jak fale przed jej oczami pochłaniały same siebie. Zaniepokojona Dulębianka chwyciła ją za ramię i potrząsnęła. Wówczas stała się rzecz nieoczekiwana. Konopnicka wyostrzając wzrok ujrzała… 

…nimfy wodne. — Po chwili stwierdza jednak — [T]eraz muszę się wyrzec tej pięknej nazwy i po prostu przyznać, że to były pływaczki kąpiące się w morzu.

A jednak– czytajac dalej – naprawdę można mieć wątpliwości. Może to jednak były nimfy? Kto wie. Jedno jest pewne. Zażywajace kąpieli morskich Włoszki, zrobiły na Konopnickiej piorunujące wrażenie:

Jedne z nich, zarzuciwszy na sznur wyciągnięty nagie swoje ramiona, dały się unosić wód biegowi jako nenufary mdlejące, główką w tył przechyloną dotykając fali. Inne — rzucały się do pływania namiętne, gwałtowne, a przezroczysta wód gaza zdradzała ich gibkie wygięcia i ruchy zuchwałe — i rozsuwała się przed wzdętą piersią — i zamykała za pluśnięciem stóp drobnych. (…) Patrz, oto jedna z pływaczek zstępuje do wody z wolna, świecąc różową nagością wahającej się stopy w sandałku z kukurydzowego łyka. Zasłania się ona rękoma, iż słońce patrzy na nią; włosy jej, zwinięte wysoko, odkrywają piękny łuk pochylonej szyi, wzrok z natężeniem na wodę zwrócony, uśmiech zalęknienia na ustach. Tuli się ona w sobie i zstępuje niepewna — z urokiem wielkim dla oczu. Patrz, przeciw niej w górę biegnie szybko inna, sypiąc iskrami kropel rzęsistych, wydatna rzeźbą ciała, świeża wzruszeniem. Fala goni za nią spragniona, rozkochana. Ale oto już i ciebie ogarnia pokusa rzucenia się w morze. Jest coś rozkosznego w tym oddaniu się potężnym uderzeniom fali, w tym wyciągnięciu ramion do czegoś, co jest ogromne i tajemnicze, w tym zmieszaniu istoty swojej z szumem i odpryskiem wód, łamiących się na piersi jak kryształ pęknięty. Pieszczota w tym ludzka prawie — i upojenie wielkie.

Maria Dulębianka, „Morze”, Muzeum Narodowe w Krakowie (1861-1919)

Gdy czytamy Konopnickiej “Wrażenia z podróży”, szczególnie tych weneckich, które także pobieżnie są wspomniane w Notatniku Dulębianki – ani razu nie pada słowo “Pietrek”, ani “Dulębianka”. 

Na każdym kroku daje się jednak wyczuć jej obecność. Czasem bardzo bliską, ale nie narzucającą się – jak wtedy, gdy czytamy o ramieniu towarzyszki wyrywającym ją z nadmorskiego zamyślenia tylko po to, by wpędzić w kolejne; czasem z kolei jest to obecność tak oczywista, że wyłania się tylko w: “miałyśmy”, “byłyśmy”, “pojechałyśmy”, “zatrzymałyśmy się”. Innym razem – jak w Wenecji – Dulębianka daje o sobie znać z typową dla siebie przekorą.  

 

Romantyczna wycieczka gondolą w akompaniamencie kaszlu

Być może Wenecja jest i miastem miłości, i być może według Was zwiedzanie gondolą wąskich kanałów starego miasta służy jedynie całowaniu się pod osławionymi pomostami – może teraz, gdy te wakacje serwuje Wam popularne biuro podróży. Ale nie w XIX wieku, i nie, gdy Waszemu gondolierowi doskwiera nieznośny kaszel. 

Pocztówka z Wenecji wysłana przez Konopnicką do swojej córki Laury

Maria Konopnicka uwielbiała Laniego – gondoliera, który oprowadzał je po Wenecji, ale gdy szło o jego kaszel – doprowadzał ją do szału. Dlatego też, by poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi na ich romantycznej drodze przez kłopoty zdrowotne przewodnika, razem z Dulębianką wymyśliły sobie pewną złośliwą zabawę.

Z doświadczenia wiedziałam, że Lani póty tylko kaszle, póki nie zacznie mówić – pisze Konopnicka – ledwo więc trzy razy wiosłem od brzegu pchnął, zapytywałam go natychmiast:

— Co to za palazzo (budynek), padre?

— Contarini — odpowiadał Lani, hamując oddech świszczący.

— A tamto? – Konopnicka rzucała kolejne pytanie, ledwie Lani zdążył opowiedzieć na poprzednie

— Też Contarini, signorina.  – wymigiwał się.

— A ten na prawo? — Konopnicka nie ustawała (wszystko, byleby znów nie zaczął kaszleć!)

— Tamten? To właśnie także Contarini. – odpowiadał zdawkowo

— Ale cóż znowu, padre! Przecież wszystkie nie mogą być Contarini. – przekomarzała się Konopnicka

Gdy jej próby zagadania oszczędnego w słowach gondoliera nie przynosiły skutku, wówczas do gry wkraczała Dulębianka, przerywając jego targane kaszlem milczenie i kwitując w kierunku swojej partnerki:

— A, co on tam wie!

Dulębianka grała mu na nerwach i ta strategia sprawdzała się zawsze: zmuszała biednego, wyprowadzonego z równowagi mężczyznę do zdobycia się na dłuższą odpowiedź. 

Najpierw zawsze próbował gryźć się w język – zmilczał — pisała Konopnicka — ale mu wiosło aż skrzypi w ręku. 

W końcu zbity z tropu i wyprowadzony z równowagi Lani nie wytrzymywał, krzycząc “tak zajadle, aż go w Rialto było słychać”:

— Niente! Niente! Lani głupiec, Lani prostak, Lani nic nie wie. Signora wie lepiej, signora wie wszystko! – przedrzeźniał Dulębiankę.

 

 

Lesstoria czułości pisana podróżami

Czytając Konopnickiej “Wrażenia z podróży” można odnieść wrażenie, że prowadzi ona coś na wzór vloga. Wówczas Dulębianka staje się tą bohaterką, która niewiele mówi, ale pełno jest jej w tle nagrań swojej partnerki. Spokojnie zajmuje się codziennymi sprawami czasem pomacha z dalszej części kadru – ale jak już coś nieoczekiwanie skwituje – nie możemy powstrzymać się od śmiechu.  

Dulębianka lubiła z cierpliwością i zainteresowaniem podążać ścieżkami swojej „K.” Towarzyszyła jej, stwarzając dogodną przestrzeń do pisania kolejnych książek, wierszy, czy polemik, a tym samym – otwierając sobie okazję do sporządzania kolejnych portretów ukochanej – jej zdecydowanie ulubionej modelki. 

Maria Dulębianka, Portret Marii Konopnickiej (ok. 1890), Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu

Wspólne podróże były czymś niezwykle zsynchronizowanym z rytmem ich życia. Czasem przeznaczały na nie ostatnie złotówki. 

Kiedyś Dulębianka sprzedała swój obraz za 150 rubli, by zafundować Konopnickiej wycieczkę do Neapolu. 

Innym razem Konopnicka zabrała partnerkę do Paryża i zapisała na lekcje rysunku, a sama dorabiała na boku, by pomóc im się utrzymać na czas trwania kursu.

Dulębianka jest w Paryżu. Właściwie i ja jestem w Paryżu dla niej tylko. Wywiązuję się z obowiązku. Przez podróże ze mną wyszła jakoś z rutyny malarskiej, zwłaszcza z tego szerokiego malowania, które wymaga dużej pracowni, wskazówek dobrych profesorów i żywego na kilka godzin z rzędu – modela. Otóż namówiłam ją, żeby się zapisała na parę miesięcy do akademii dla odświeżenia sobie i ułatwienia takich właśnie artystycznych seansów. Nie miała z początku chęci, ale nie ustępowałam, bo w ostatnich czasach tak ulgnęła w portretach z fotografii, że groziło to zupełnym zderutowaniem. (…) Od tej pory obywamy się tu jak możemy, żeby nam starczyło to, co ja mieć mogę. Mamy dwa pokoiki mansardowe i pół pensji. Resztę dorabiam sama. (M. Konopnicka, Korespondencja. Konopnicka – Orzeszkowa 1879–1910, red. E. Jankowski)

 

Z kolei trakcie pobytu w Monachium, zobaczyły w jak opłakanym stanie był grób matki Dulębianki, ale nikogo z (podobno całkiem majętnych) krewnych to nie interesowało. Wtedy Dulębianka sprzedała swój ukochany rower i zostały dłużej, by przez następne tygodnie własnymi rękami wysprzątać i odrestaurować miejsce pochówku Pani Dulęby.  

Choć w internecie nierzadko przeczytamy, że były to “podróże Konopnickiej z Dulębianką”, ale to wynika to raczej z wieloletniego wymazywania queerstorii ich związku, nie zaś z niepodważalnego faktu. Uważna lektura listów, Notatnika Dulębianki, a w szczególności już Wrażeń z podróży Konopnickiej – nie pozostawiają wątpliwości, że podróże były wspólne, a obecność Dulębianki w ich trakcie – kluczowa. W końcu kto wytrącałby ją z zamyślenia, albo wspólnie drażnił się z bogu ducha winnym gondolierem. 

 

 

Tej, którą pani kochała 

W ostatnich latach lata życia Dulębianka i Konopnicka związały się z Żarnowcem. Do tego stopnia, że mieszkańcy wpletli je w tkankę lokalnego folkloru.  

W Żarnowcu żywa była legenda o Białej Damie – zmorze w białej sukni, która straszy mieszkańców, hałasując nocami. Ale gdy tylko Konopnicka z Dulębianką wprowadziły się do Żarnowca opowieść się zmieniła – i niektórzy mieszkańcy mieli własną, alternatywną interpretację podania.

Wiemy o tym stąd, że wiele lat po śmierci obydwu Marii, do Żarnowca przyjechał Leszek Soliński (partner Mirona Białoszewskiego); czasem odwiedzał Zosię – córkę Konopnickiej – wypytując o czasy, w których jej matka mieszkała tu z Dulębianką. Zosia opowiadała mu o straszącej nocami Białej Damie, i o tym, jak w dniu przyjazdu do Żarnowca, Konopnicką witano z hasłem “Nie rzucim ziemi”. Ale naraz Zosi przerwała sąsiadka, stara Feliksowa, mówiąc, że żadnego “Nie rzucim ziemi” tylko witano ją słowami “Witaj nam pieśniarko ludu na tym zagonie”, bo tak to sobie wymyślił pewien żarnowski nauczyciel, i że żadna Biała Dama, tylko jej własna matka z partnerką. Według starej Feliksowej Konopnicka siadała Dulębiance na barana, zakładały na siebie prześcieradło i udając lokalną zmorę – Białą Damę – odstraszały potencjalnych złodziei przed wykradaniem kwiatów i warzyw z ich przydomowego ogródka. W końcu w czasach, gdy nie było systemów alarmowych – trzeba było sobie jakoś radzić.

Konopnicka i Dulębianka na werandzie dworku w Żarnowcu, fot. Józef Zajączkowski, 1903, Biblioteka Narodowa

***

 

Gdy Konopnicka odeszła tamtego październikowego wieczoru – wspólny ogródek, podróże i dom nie wystarczyły, by zabezpieczyć przyszłość pogrążonej w żałobie Dulębianki. Córki i inni krewni Konopnickiej nie byli specjalnie skorzy do podzielenia się spadkiem. A jednak to z Dulębianką konsultowano kwestie związane z upamiętnieniem dorobku artystycznego i społecznego Konopnickiej. Notatnik był świadectwem ich związku, namiastką tego, czego dziś, po ponad stu latach, nadal nam się odmawia – prawa do małżeństwa.

Notatnik był świadectwem, ale niedługo po śmierci Konopnickiej okazało się, że była też cicha świadkini ich miłości – przez wiele lat nieobecna w życiu Konopnickiej jej własna siostra – Celina Świrska. Skontaktowała się z Marią przepraszając, że nie była na pogrzebie (z powodu ciężkiej choroby – najpierw swojej, potem swojego syna) i nieśmiało poprosiła o podtrzymanie – a nawet raczej – zbudowanie relacji po śmierci jej siostry. Świrska 

Ogromnie mi było przyjemnym otrzymać list od Pani, którą Maria tak kochała i dla której ja sama żywiłam zawsze najgorętszą sympatię. — A potem poprosiła Dulębiankę o pozostanie w stałej korespondencji, dodając — Nie odmówi mi Pani tego przez pamięć, że jestem siostrą tej, którą pani kochała, prawda?

 

Fundusz dla Odmiany
ul. Nowogrodzka 7/9 lok. 35
00-513 Warszawa
[email protected]
+48 505 023 804

BNP Paribas
05 1600 1462 1825 6344 5000 0001
IBAN: PL05 1600 1462 1825 6344 5000 0001
BIC/SWIFT: PPABPLPK

NIP: 5213869167
REGON: 383677651
KRS: 0000791625

Fundusz dla Odmiany jest organizacją pozarządową działającą na podstawie Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie (Dz. U. 2003 Nr 96 poz. 873) i Ustawy o fundacjach (Dz.U. 1984 nr 21 poz. 97). Działania Funduszu mają charakter non-profit.

KODOWANIE MICHAŁ SEPIOŁO | UX PIOTR SZYDŁOWSKI | ZDJĘCIA KLAUDYNA SCHUBERT | PROJEKT GRAFICZNY JOANNA BĘBENEK

© FUNDUSZ DLA ODMIANY 2024