Rola bezkonfliktowych, wyrozumiałych sojuszników bywa często niedoceniana. Wiele z nich trafia do Funduszu dla Odmiany z poczuciem, że jedyne sensowne działania na rzecz osób LGBT+ to tylko spektakularne, konfrontacyjne akcje. Z czasem przekonują się, że te ostatnie są ważną, ale tylko jedna z wielu równie ważnych dróg. W rzeczywistości społeczność sojuszników jest niemniej różnorodna niż ta skupiona pod flagą LGBT+.
Zawsze byłam osobą wspierającą, ale często bałam się otworzyć, martwiłam się, że powiem coś “nie tak”. Dopiero Odmienianie krok po kroku dało mi bardzo konkretne narzędzia, by wspierać skutecznie i bez stresu. Dziś to ja pomagam w sojusznictwie innym, tak jak mi pomógł w nim Fundusz dla Odmiany.
Powiedzmy sobie szczerze – każdej osobie wspierającej równość, także osobie queerowej, zdarzyło się przejęzyczyć lub dowiedzieć się o jakimś pojęciu później, niż „powinna”. Jako fundacja LGBT+ organizująca m.in. lokalne spotkania, widzimy to na każdym kroku. Nie musisz mieć encyklopedycznej wiedzy, by zabierać głos. Nie musisz od razu wiedzieć, jak skomplikowanie definiuje się współczesna queerowość ani przedzierać się przez akademicki żargon dekonstruujący esencjalizm biologiczny czy esencjalizm płciowy. Choć te pojęcia są ważne i pomocne, świat sojusznictwa z osobami LGBT+ to nie egzamin ze słownictwa. Edukacja i realne wsparcie dla społeczności odbywa się właśnie w kuchniach, biurach i przy rodzinnych stołach.
Poznaj kilka prostych sposobów, które Ci to ułatwią.
1. Pytaj, zamiast oskarżać
Kiedy ktoś mówi coś, co wydaje się nie na miejscu – być może jest to stereotyp, żart lub po prostu nieprawdziwe stwierdzenie – Twoim celem nie jest „wygranie dyskusji”. Chodzi o to, aby delikatnie zakłócić to, co krzywdzące, i zasugerować lepszą perspektywę. Zamiast wchodzić w otwartą konfrontację, spróbuj zapytać:
Hmm, a co sprawia, że tak sądzisz?
lub daj znać o swoich wątpliwościach:
Nie wydaje mi się, żeby tak było. Spójrzmy na to z innej strony.
Takie wypowiedzi są zaproszeniem do refleksji. Oskarżenia i etykietowanie nierzadko działają odwrotnie – natychmiast budują mur, zmuszając rozmówcę do obrony.
2. Wykorzystaj własną niepewność jako pomost
Gdy usłyszysz coś, co zdaje się nadmiernie upraszczać rzeczywistość, nie musisz udawać eksperta. Dobrze i uczciwie jest powiedzieć:
Sam_a wciąż się tego uczę, ale uważam, że…
Chyba nie przekonuje mnie to, co mówisz. Ja spojrzał_a_bym na to raczej tak, że…
To kształtuje postawę otwartości zamiast dążenia do toksycznej perfekcji. Pokazuje innym, że bycie sojusznikiem to proces, droga, a nie gotowy stan umysłu.
3. Pokazuj publicznie, że nauka na błędach to norma
Jeśli ktoś cię poprawi, podziękuj mu. Kiedy ktoś powie ci coś nowego (nawet jeżeli wcześniej się nie zgadzaliście), nie obawiaj się przyznać tego głośno:
Dzięki, to ciekawe, nie wiedziałam o tym!
Dzięki temu zmiana podejścia „na bieżąco” przestaje być czymś upokarzającym, a staje się ciekawą okazją do budowania relacji, współpracy. Pokazujesz, że zmiana perspektywy pod wpływem nowych faktów nie jest powodem do wstydu ani upokorzeniem. Staje się szansą na lepsze relacje.
4. Kieruj się wspólnymi wartościami i empatią
Jeśli spotykasz się z lekceważeniem lub szyderstwem, oparcie się na czystej empatii często przynosi trwalszy efekt niż zasypywanie rozmówcy suchymi statystykami. Możesz powiedzieć:
Dowiedziałam_em się, jak trudne i raniące może to być dla osób LGBT+, gdy ludzie mówią takie rzeczy. Myślę, że po prostu nie zdajemy sobie sprawy, jak to brzmi z drugiej strony.
A gdy ktoś powiela fake newsy, zamiast twardego „jesteś w błędzie”, spróbuj zacząć od wspólnego mianownika:
Zdaje się, że obojgu nam zależy, by ludzie w naszym otoczeniu czuli się bezpiecznie.
To zmienia układ sił z „my kontra oni” na „spróbujmy to ułożyć razem”.
5. Skup się na intencjach, zamiast na byciu „językową policją”
Twoją rolą nie jest karanie za złe słowa, a dbanie o to, by przestrzeń wokół Ciebie była bezpieczniejsza i bardziej życzliwa dla osób LGBT+. Takie nastawienie pozwala zachować spokojny, pewny ton. Ludzie znacznie chętniej słuchają i analizują swoje słowa, gdy czują, że nie szukasz pretekstu do awantury.
6. Stawiaj sprawy krótko, przejrzyście i ze spokojem
Gdy atmosfera gęstnieje, długie wywody bywają odbierane jak nudne kazania. Czasem proste i bezpośrednie zdania mają największą moc:
Ten żart mi się nie spodobał.
Myślę, że to tylko krzywdzący stereotyp.
Zwięzłość i brak zbędnego tłumaczenia się są najlepszym dowodem Twojej wewnętrznej pewności siebie.
7. Mądrze wybieraj momenty na rozmowę
Nie każda trudna, czy istotna dyskusja na tematy LGBT+ musi rozegrać się na forum. Czasem rzeczywiście trzeba zareagować tu i teraz, innym razem jednak warto zagryźć język za zębami, i porozmawiać w cztery oczy, kiedy opadną emocje i nikt nie czuje już presji widowni. Taka rozmowa może zmienić czasem więcej opinii, niż publiczna konfrontacja.
Tym, co tak naprawdę wówczas robisz, jest budowanie postawy ciekawości i empatii w praktyce. Pokazujesz innym, jak lepiej troszczyć się o innych, a nie jak szybciej mieć rację.
Pamiętaj też, że nie każdą dyskusję da się (i trzeba) przeprowadzić. Jeśli widzisz ścianę, dbaj o swoje zasoby. Czasem najważniejsze to zmienić temat i okazać wsparcie osobie LGBT+ bezpośrednio dotkniętej przykrym komentarzem. Umiejętne zarządzanie własną energią to klucz do bycia sojusznikiem-długodystansowcem.
8. Twórz własne, queerowe punkty odniesienia: otaczaj się różnorodnością
Zrób mały krok: zaobserwuj kilka wartościowych profili prowadzonych przez osoby ze społeczności queerowej, posłuchaj podcastów, poczytaj o tęczowych doświadczeniach. Dzięki temu naturalnie osłuchasz się z językiem, argumentami i perspektywami, bez poczucia, że zmuszasz się do wkuwania definicji. Zanim się obejrzysz, wchłoniesz naturalny rytm sojusznictwa z osobami LGBT+ tak, jak wchłania się akcent podczas dłuższego pobytu w nowym miejscu.
* * *
Sztuka sojusznictwa ze społecznością LGBT+ nie polega na bezbłędnym recytowaniu pojęć. Czasem wystarczy odważyć się być obecną_ym w tych mniej komfortowych momentach i ze spokojem otwierać drzwi do rozmów.
Mamy nadzieję, że teraz dostrzegasz już w pełni, jak wielka siła kryje się w bezkonfliktowym podejściu, a także w chwilach niepewności, czy wahania. Regularna, spokojna obecność, gotowość do rozmowy, otwiera przed sojusznikami osób LGBT+ zupełnie nowe możliwości. Każdy dzień jest dobry, by z nich skorzystać. A kiedykolwiek tylko poczujesz, że to właśnie ten moment, pamiętaj: świat nie potrzebuje idealnych sojuszników: potrzebuje ludzi otwartych na to, by uczyć się w działaniu, zamiast w nieskończoność czekać na „idealny moment”.
Nie czekaj na lepsze jutro. Razem z nami buduj świat oparty na szacunku i zrozumieniu już teraz.
Jednak pierwsze kroki na rzecz osób LGBT+ w małych miejscowościach mają swoje wyzwania. Dziś chcemy opowiedzieć Ci właśnie o nich. Zabieramy Cię za kulisy lokalnych działań na rzecz osób LGBT+ w Polsce i wyzwań z którymi mierzy się każdy, kto robi pierwszy krok. To historie niezwykłej determinacji i zaradności, które zadają kłam stereotypom na temat małych miast wsi. Mamy nadzieję, że znajdziesz w nich niejedną inspirację.
Przed jakimi trudnościami stają organizatorki działań na rzecz osób LGBT+ w małych miejscowościach?
1. Problem ze znalezieniem odpowiedniego, przyjaznego miejsca
To jedno z najczęstszych i pierwszych wyzwań, przed którymi stają osoby organizujące tęczowe działania w małych miejscowościach.
Murowana Goślina
Członkinie Kobiecej Grupy Działania (KGD) „Fanaberia” doskonale zdają sobie sprawę z podobnych wyzwań mieszkanek małych miast. W rozmowie z nami przyznały, jak bardzo doceniają fakt, że od dawna mają własną siedzibę. To daje nie tylko poczucie niezależności, ale i oszczędza mnóstwo logistycznego główkowania w procesie organizacji. Dzięki temu członkinie KGD z Murowanej Gośliny mogły się skupić na tym, co najważniejsze, a organizacja spotkania o sytuacji osób LGBT+ poszła jak z płatka.
W przeciwieństwie do największych miast, gdzie miejsca przyjazne osobom LGBT+ są oznaczane w Google Maps, w mniejszych miejscowościach czasem trzeba zrobić głębszy research. Cały proces bywa stresujący i żmudny: w końcu nie wiadomo jeszcze, kto wspiera osoby LGBT+ w Twojej miejscowości, i czy nie narazisz się na negatywne reakcje. Z drugiej strony – często okazuje się być świetną okazją do poznania nowych sojuszniczek i sojuszników i to w zupełnie nieoczywistych miejscach.
Zamość
Gdy osoby były już nieco wyczerpane próbami znalezienia przyjaznego miejsca na ich „Queer Movie Night”, nagle z pomocą przyszła Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego. Dzięki niej wydarzenie zagościło w pięknej, renesansowej synagodze.
Organizowanie działań na rzecz osób LGBT+ w małych miastach i na wsi ma swoją unikalną zaletę. Wspiera nawiązywanie relacji i współpracy z osobami i organizacjami, które w innym przypadku mogłyby się nie spotkać.
2. Brak wsparcia ze strony lokalnych instytucji i urzędów
Samorządy często wolą stawiać na takie inicjatywy mieszkańców, których format jest już sprawdzony. Dlatego brak patronatu nad nowym wydarzeniem LGBT+ nie musi oznaczać braku akceptacji queerowej społeczności. Czasem to po prostu kwestia ostrożności wynikającej z natury funkcjonowania lokalnych urzędów.
Osoby LGBT+ w Polsce często doświadczają braku akceptacji, a różne organizacje i instytucje wycofują się ze współpracy z obawy na negatywne reakcje otoczenia. Dlatego brak oficjalnego wsparcia ze strony przedstawicieli miasta i ważnych, lokalnych organizacji, potrafi zaboleć podwójnie. To co dla jednych mogłoby być zwykłą formalnością, tu odczuwane jest w znacznie szerszym kontekście.
Legnica
Dorota i Agnieszka, mamy osób transpłciowych, postanowiły zrobić całodzienne szkolenie nt. transpłciowości dla nauczycielek i nauczycieli z okolicy. Zainspirowało je działanie Piotra – Odmieniacza ze Starachowic, którego historię poznasz za chwilę. Piotr dostał wówczas duże wsparcie od urzędu miasta, jednak w Legnicy się to nie udało. Efekt mrożący zadziałał także na wielu nauczycieli-sojuszników, którzy wcześniej byli chętni oficjalnie wesprzeć wydarzenie. Pomimo rozczarowania, Dorota i Agnieszka postanowiły nie odpuszczać. Konsekwentnie opowiadały o swoim pomyśle kolejnym osobom i dotarły do radnych, które oddolnie wsparły promocję wydarzenia. Efekt? Sala była pełna, a po spotkaniu pozostał ogromny niedosyt. Dziś legniccy nauczyciele chcą kontynuacji działania, a lokalne radne są gotowe dalej wspierać organizatorki.
Większość osób, z którymi dotychczas współpracowałyśmy przyznaje, że nawet przy braku patronatu miasta lub gminy – z pomocą przychodzą pojedyncze radne i radni. Czasem angażują się w promocję wydarzenia, innym razem przekonują resztę zespołu do udostępnienia miejsca. Jeśli organizatorki zdecydują się kontynuować inicjatywę – cieszy się ona znacznie szerszym wsparciem.
Tychy
Natalia organizowała 1. Tyski Dzień Równości w małym kolektywie i bez większego wsparcia urzędu miasta. Jednak dobra organizacja wydarzenia i jego bogaty program, już wtedy przyciągnęły zainteresowanie przedstawicielek władz miasta. Z czasem wydarzenie zyskało znacznie większą popularność i wsparcie. Tychy Osiedle Q z kolektywu stały się stowarzyszeniem, gromadząc wokół siebie sporą grupę wolontariuszy i wolontariuszek. Na 2. Tyski Dzień Równości przyszła pokaźna grupa przedstawicieli i przedstawicielek władz miasta, które oficjalnie zabrały głos w imieniu tyskiej społeczności LGBT+. Towarzyszyła im dyrektorka Miejskiego Muzeum w Tychach – dumna, że swoją kadencję może zakończyć wydarzeniem zorganizowanym na rzecz społeczności LGBT+.
Organizatorki tęczowych inicjatyw – szczególnie na wsi – rzadko zajmują się wyłącznie jednym tematem. Zwykle są szeroko zaangażowane w życie całej swojej miejscowości i regionu. Pomimo tego, rozmowy o sytuacji osób LGBT+ w Polsce, nierzadko budzące silne emocje – stwarzają ryzyko zaszufladowania. A sprowadzenie liderki szeroko zaangażowanej w życie lokalnej społeczności do miana kogoś, kogo zajmują wyłącznie sprawy osób LGBT+, po prostu nie jest fair. I choć obawa jest realna, opisanej powyżej sytuacji można ukniknąć.
Nowiny
Maria Jaszczyk – emerytowana nauczycielka z popegeerowskiej wsi w powiecie złotowskim – postanowiła wykorzystać bogactwo swojej dotychczasowej działalności, by zachęcić innych do wspierania osób LGBT+ lokalnie. Jej okolice słyną z długiej tradycji pszczelarstwa — dlatego rozmowom o “tęczowych sprawach” towarzyszyły warsztaty lepienia świec z wosku złotowskich pszczół. A ponieważ sama jest zaangażowaną katoliczką, na spotkanie zaprosiła osoby z Fundacji „Wiara i Tęcza”, by opowiedziały swoje historie w kontekście, który dla mieszkańców Nowin był bardzo ważny.
Kluczowe jest wzajemne zaufanie i potrzeba, by wszystkim w najbliższym otoczeniu żyło się lepiej – czyli właśnie te wartości, które dla mieszkańców małych miast i wsi są niezwykle ważne. To one przełamują niejedne lody, budując relacje wolne od tymczasowych etykiet.
4. Lęk przed wyoutowaniem przez samą obecność na spotkaniu: czyli dlaczego w lokalnych działaniach LGBT+ potrzebujemy sojuszniczek
Pomimo, że sytuacja osób LGBT+ w Polsce stopniowo zmienia się na lepsze, wrogość w przestrzeni tak wirtualnej, jak i publicznej, pozostaje wciąż aktualna. Tymczasem bez lokalnej sieci wsparcia i poczucia bezpieczeństwa, trudno o coming-out. Te realia bywają dla osób LGBT+ z małych miejscowości ogromną barierą. Niektóre z nich wolą nie ryzykować sytuacji, w której ktoś skojarzy je z danym wydarzeniem i wyjawi ich tożsamość, zanim same będą na to gotowe.
Właśnie dlatego działania na rzecz osób LGBT+ w małych miastach i na wsi tak mocno opierają się na trosce o prywatność. Mamy nadzieję, że to podejście zainspiruje także aktywistki z dużych miast. Odmieniaczki z małych miejscowości mają ogromne doświadczenie w budowaniu bezpiecznych, zaufanych przestrzeni. Ich żelazną regułą jest chociażby dbanie o to, by nikt nie publikował zdjęć bez zgody osób uczestniczących.
Garwolin
Patrycja, jej narzeczona Kasia i młodsza siostra Julia stworzyły cykl zamkniętych warsztatów artystycznych dla lokalnej społeczności LGBT+. Gdy robiłyśmy z nimi wywiad, dostałyśmy zdjęcia z bardzo jasną instrukcją. Część ujęć mogła trafić wyłącznie do naszego prywatnego archiwum, by chronić prywatność osób uczestniczących. To zresztą częsty zwyczaj. Odmieniaczki z małych miast i wsi, przesyłając nam relacje, od razu zaznaczają, czyje wizerunki należy zakryć przed publikacją.
Z drugiej strony, świadomość trudnej sytuacji osób LGBT+ mocno mobilizuje sojuszniczki. Poza dużymi miastami odgrywają one kluczową rolę w budowaniu lokalnych sieci wsparcia. To one najczęściej inicjują tęczowe działania, nawet gdy z początku startują w pojedynkę. Robią to, bo te wyzwania dotyczą ich bliskich. Zależy im na tym, by lokalna rzeczywistość była lepsza dla osób, które uczą, z którymi się przyjaźnią albo które wychowują. Są gotowe wziąć na siebie ciężar sceptycyzmu lokalnych instytucji, czy negatywnych reakcji otoczenia. W ten sposób pośredniczą w budowaniu przestrzeni, która pozwala osobom queerowym stopniowo poczuć się bezpieczniej, nawiązać relacje i pewnego dnia – zrobić coming out.
Milicz
Lokalna sojuszniczka — Beata — zgłosiła się po Grant dla Odmiany, by stworzyć w Miliczu bezpieczną przestrzeń dla osób LGBT+. „Przestrzeń bez uprzedzeń, bez hejtu, w poczuciu bezpieczeństwa i wolności do bycia tym, kim się jest.” Z czasem ich spotkania doprowadziły do powstania 1. Marszu Równości. Pomysł powstał spontanicznie, gdy uczęszczające na spotkania osoby poczuły się gotowe zorganizować większe, publiczne wydarzenie. Dzięki marszowi, mnóstwo milickich osób LGBT+ miało szansę poznać się nawzajem. Poczuły, że nie są same.
Tęczowe inicjatywy w małych miastach i na wsi powstają zazwyczaj dzięki garstce osób, a często nawet jednej. I choć taka sytuacja wcale nie jest patowa, może ona prowadzić do poczucia osamotnienia. Niekiedy organizatorki obawiają się, że wezmą za dużo na głowę i tuż po pierwszym wydarzeniu będą wyczerpane. Osoby przyznają czasem, że z początku czuły się, jakby „porywały się z motyką na słońce”. Wrażenie bycia „jedyną taką osobą w okolicy” towarzyszy zarówno sojuszniczkom, jak i osobom LGBT+ robiącym lokalne działania. Dlatego w Funduszu dla Odmiany bardzo ważne jest dla nas, by osoby mogły liczyć na nasze wsparcie na każdym etapie. W programie Odmienianie krok po kroku podpowiadamy, jak przeciwdziałać wypaleniu.
Starachowice
Piotr, organizator szkolenia na temat transpłciowości w Starachowicach, wspomina, że odczuwał brak zorganizowanych grup czy stowarzyszeń w okolicy, które mogłyby mu pomóc. Od samego początku organizował spotkanie tak, by dało się je zrobić w pojedynkę. W pewnym momencie sprawy nabrały zaskakującego obrotu – wydarzenie nie tylko cieszyło się ogromną grupą odbiorców, ale aula urzędu miasta wypełniła się po brzegi wspierającymi nauczycielami i nauczycielkami.
Jak mówi Grześ, opiekun programów grantowych w FDO – “Liczba osób, czy lista obecności nie świadczą o impakcie, bo z doświadczenia wiem, że zmiana często zaczyna się od jednej osoby”. Co więcej, gdy ktoś postawi pierwszy krok, społeczność wokół inicjatywy zaczyna się powiększać. W tym tkwi paradoks i niezwykłość działań na rzecz osób LGBT+ w małych miastach i na wsi: pierwsze działanie przywołuje niekiedy poczucie osamotnienia i jednocześnie stanowi doskonałe narzędzie, by je przełamać.
***
Wszystkie początkowe wyzwania – od logistycznego zmęczenia, przez brak odgórnego wsparcia, aż po lęk przed wyoutowaniem – pokazują, że lokalna zmiana wymaga intensywnej pracy wielu osób. Jednak gdy ktoś zdecyduje się postawić ten pierwszy krok, machina rusza: wokół inicjatywy stopniowo gromadzą się kolejne osoby, a początkowe osamotnienie ustępuje miejsca sąsiedzkiej sieci wsparcia. W Funduszu dla Odmiany nie stawiamy na spektakularne działania. Rzeczywistość pokazuje, że nierzadko to kameralne inicjatywy dają szansę, by osoby LGBT+ mogły czuć się “u siebie”. Każdy warsztat dla nauczycieli, lokalny pokaz filmowy czy świadomy sojusznik osób LGBT+, powoli rozszczelniają niepewność i stereotypy. To właśnie ta konsekwentna, oparta na wzajemnym zaufaniu praca uczy nas najlepiej, jak wspierać osoby LGBT+ bez presji i bez zbędnego patosu, realnie zmieniając codzienną sytuację osób LGBT+ w Polsce.
Gdy queerstoria kształtuje przyszłość – poznaj inicjatywę Królik Fund
Fundusz dla Odmiany powstał w 2019 roku z marzenia, aby każda osoba LGBT+ w Polsce mogła czuć się “u siebie” tam, gdzie toczy się jej życie. Od tamtej pory stale dostarczamy społecznościom lokalnym narzędzi do tego, by mogły budować lepsze rzeczywistości tu i teraz, na własnych zasadach. Jednym z nich jest nasz flagowy program Grantów dla Odmiany. Od warsztatów organizowanych przez Koła Gospodyń Wiejskich, po queerowe festiwale na Górnym Śląsku – Granty dla Odmiany systematycznie pomagają lokalnym queerstoriom się wydarzyć lub zakorzenić.
Dokładnie 60 lat przed założeniem Funduszu dla Odmiany urodził się człowiek, który ucieleśniał fundamentalne dla nas wartości, po prostu będąc sobą. Wojtek Królikiewicz (dla bliskich “Królik”), uznany aktor, znakomity nauczyciel, oddany wolontariusz, nie czuł się aktywistą. A jednak – w czasach, gdy o osobach LGBT+ w Polsce się nie mówiło, a jeżeli już – to w sposób krzywdzący i stereotypowy – on tworzył wokół siebie przestrzeń, w której tęczowa społeczność Warszawy mogła poczuć się “u siebie”. W końcu.
Dzięki jego bliskim, historia Wojtka i FDO nareszcie się spotkały, dając początek naszej wspólnej inicjatywie.
Poznaj Królik Fund – nowy rozdział w historii Grantów dla Odmiany
Od teraz, w ramach każdej edycji Grantów dla Odmiany przyznamy jeden dodatkowy grant w ramach Królik Fund. Ty też możesz współtworzyć tę inicjatywę dorzucając się do grantu.
Za kulisami Królik Fund: historia Wojtka Królikiewicza
Wpływ, który Wojtek wywierał na swoje otoczenie nie wynikał z aktywizmu, a – jak mówią jego bliscy – raczej ze zwykłego przekonania, że życie w zgodzie ze sobą jest w stanie pokonać uprzedzenia i sceptycyzm. Ta bezpretensjonalna szczerość zaprowadziła go zresztą do talk-show „Rozmowy w toku” w TVN, gdzie tuż po pierwszej Paradzie Równości (2001) opowiedział przed kamerami o swoim coming-oucie. Wojtek nigdy nie unikał trudnych rozmów – wiedział, że życzliwi, wspierający ludzie są wszędzie, niezależnie od tego, co mówi się w mediach.
W wieku 40 lat zdiagnozowano u niego chorobę Huntingtona. Dołączył wtedy do Polskiego Stowarzyszenia Choroby Huntingtona i chwilę później stał się jednym z jego samorzeczników. Nie przerwał pracy artystycznej. Niedługo potem we współpracy z Arturem Żmijewskim wydał nagrania sonetów Szekspira, zagrał też główną rolę w spektaklu Romana Woźniaka „Za siedmioma chmurami”. W gruncie rzeczy nie zmieniło się nic. No, może poza tym, że od teraz kelnerzy w „Między Nami” na Brackiej musieli trochę częściej zmiatać z podłogi potłuczone filiżanki, gdy spotykał się z bliskimi na kawę.
To jedna z wielu opowieści o człowieku, którego podejście do życia kształtuje Królik Fund – pierwszy fundusz spadkowy na rzecz społeczności LGBT+ w Polsce. Mamy nadzieję, że to ty opowiesz nam kolejną. Być może nawet załamie ona dotychczasowe wyobrażenie o Wojtku i jego czasach, ale wniesie coś o wiele ważniejszego: wspomnienia i anegdoty, w których młode pokolenia osób LGBT+ w Polsce będą miały szansę się przejrzeć.
Właśnie dlatego jednym z filarów Królik Fund jest archiwum queerstorii i wspomnień dotyczących kulis życia tęczowej społeczności w Polsce – czasów, których młodsze pokolenia mogłyby inaczej nie poznać.
*Możesz zrobić to pisemnie, albo możemy umówić się na wywiad – wybór należy do Ciebie. (Anonimowe opowieści są również mile widziane!)
Sercem inicjatywy pozostają jednak Granty
– bo to dzięki nim osoby z całej Polski przekuwają swoje marzenia o równości w realne, prowadzące do niej działania. Wspierając Granty dla Odmiany sprawiasz, że kolejne, lokalne queerstorie piszą się same.
Możesz także ufundować cały grant w ramach Królik Fund, zapewniając nam niezależność od niepewnych i zmiennych dotacji instytucjonalnych. Jeśli czujesz, że to coś dla Ciebie – odezwij się do nas na adres [email protected]. Wrócimy do Ciebie by porozmawiać, jak możemy połączyć siły w najbardziej korzystny dla Ciebie sposób.
Granty dla odmiany są szansą, by małe, lokalne rewolucje wydarzały się każdego dnia. Zdejmują urok bezsilności, jedna miejscowość za drugą. Osamotnienie rozbrajają poczuciem przynależności do szerszej społeczności. Dziś, gdy ich integralną częścią staje się Królik Fund – będą przynosić poczucie silnego osadzenia w naszej własnej, wspólnej przeszłości. Królik Fund stawia na ciągłość pomimo i dzięki fragmentarycznej queerstorii.
Dlaczego warto rozmawiać o sytuacji osób LGBT+ w małych miejscowościach?
W małych miastach i na wsi czasem brakuje okazji, żeby porozmawiać o tym, jak żyje się osobom LGBT+; dowiedzieć się, jak skutecznie wspierać sąsiadki, sąsiadów i krewnych z tęczowej społeczności. Spotkania u Ciebie przełamują ten stan rzeczy – stwarzają okazję do szczerej wymiany perspektyw, podpowiadają jak rozmawiać o osobach LGBT+. Łączą ludzi, rozwiewają wątpliwości i otwierają przestrzeń do budowania lokalnego wsparcia.
Przez ostatnie sześć lat w działaniu uczyłyśmy się, jak budować skuteczne wsparcie dla osób LGBT+ w małych miastach i na wsi. Poznawałyśmy, jak wygląda organizacja warsztatów o społeczności LGBT+ w praktyce. Zależało nam, by zawsze odpowiadały na potrzeby mieszkanek i mieszkańców miejscowości. Zorganizowałyśmy już prawie dwadzieścia tęczowych spotkań w małych miastach i na wsi – od Wygnanki po Pyrzyce, od Chrop po Nowiny.
Stworzyłyśmy autorską metodologię i opracowałyśmy procedury, które zapewniają bezpieczeństwo osób uczestniczących oraz organizatorów. Dzięki temu wiemy, że Spotkanie u Ciebie będzie miało szansę odbyć się bez zbędnego stresu – a wy będziecie mogli skupić się na tym, co w nim najważniesze (i najciekawsze!): na międzypokoleniowych rozmowach, wymianie perspektyw, zyskaniu nowych doświadczeń.
W tym roku zaprosiłyśmy 9 doświadczonych osób trenerskich z całej Polski. Pojadą wszędzie tam, gdzie lokalne społeczności chcą rozmawiać o tęczowych sprawach – do domów kultury, kół gospodyń wiejskich, bibliotek, szkół, remiz strażackich.
— Dzięki temu spotkaniu wiem, że jeśli ktoś się u nas wyoutuje, to będzie bezpieczny. — uczestniczka spotkania w Nowinach
Robimy to, bo wierzymy, że prawdziwa zmiana zaczyna się od rozmowy. Od kameralnego spotkania w znajomej i bezpiecznej przestrzeni. Wiemy, że Tęczowa Odmiana może zacząć się u Ciebie.
Kto może zrobić lokalne spotkanie o osobach LGBT+?
Ważna jest dla nas twoja gotowość, by zrobić Spotkanie u Ciebie i zaangażowanie w cały proces. Nie musisz mieć wcześniejszego doświadczenia w organizacji warsztatów o osobach LGBT+. To może być równie dobrze twoje pierwsze doświadczenie tego typu. Po otrzymaniu twojego zgłoszenia zdzwonimy się i porozmawiamy o wszystkim. Opowiemy Ci o tym, jak wygląda proces organizowania spotkania, zastanowimy się wspólnie, jak zrobić je tak, by było skrojone na miarę waszej społeczności.
Wierzymy, że wiesz najlepiej, co sprawdzi się u Ciebie, u Was. Nie musisz mieć jednak gotowego pomysłu na format spotkania – z chęcią dopracujemy go razem z Tobą, dzieląc się sprawdzonymi rozwiązaniami.
Spotkania u Ciebie są pomyślane tak, by sprawdziły się w każdej miejscowości. Dotychczas odbywały się zarówno w miejscowościach liczących liczących kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, jak i takich, gdzie mieszka mniej niż sto osób. Czasem sala była pełna, innym razem brało w nich udział kilka osób. Bo wsparcie dla osób LGBT+ jest możliwe tak samo na wsi, jak i w większym mieście. Rozmawiać osobach LGBT+ można w domach kultury, remizach, bibliotekach, czy świetlicach wiejskich. Każda z tych przestrzeni stwarza wyjątkową, niezapomnianą atmosferę.Nie możemy się doczekać, jak będzie u Ciebie!
Zrób spotkanie, które odmieni rzeczywistość osób LGBT w twojej miejscowości. Zgłoś się już dziś!
Jeśli chcesz zorganizować spotkanie o społeczności LGBT+ u siebie, to jesteś w idealnym miejscu. My pomożemy Ci to zrobić prosto, bez stresu i z pełnym wsparciem.
Jak to działa?
✔️ Wypełniasz prosty formularz. Pytamy w nim o twoją społeczność, o ciebie, a także o to, co sprawia, że chcesz stworzyć Spotkanie u Ciebie.
✔️ Oddzwaniamy do Ciebie i rozmawiamy o szczegółach naszej współpracy. Przybliżamy, jak będzie wyglądał cały proces. Zastanawiamy się wspólnie nad dobrymi rozwiązaniami i planujemy spotkanie.
✔️ Do twojej miejscowości przyjeżdża osoba trenerska z materiałami i wsparciem. Prowadzi dla Was autorski warsztat o społeczności LGBT+.
Razem tworzymy przestrzeń do rozmowy – dla sąsiadów, znajomych, rodzin, dla lokalnych liderek i liderów.
CZAS: TYLE ILE TRZEBA, ŻEBY POROZMAWIAĆ
Zazwyczaj spotkanie trwa między 2-3 godziny. Dokładny czas spotkania zależy od bieżących potrzeb grupy. Nie podążamy utartymi szlakami – reagujemy.
FORMA: NIE WYKŁAD/ SZKOLENIE, A ROZMOWA
Nie narzucamy tez; nie oczekujemy konkretnych reakcji, ani jednomyślnych wniosków. Rozmawiamy, pozwalamy sobie „nie wiedzieć” i „nie rozumieć”: to okazja do tego, by się lepiej poznać.
DYNAMIKA: WYSOKA!
W trakcie spotkania jest czas na bliższe poznanie się, na pytania, na zastanowienie. Ale też czas na ćwiczenia, dyskusje, pracę grupową. Jest intensywne, ale nie przemęczające.
Ile to kosztuje?
Nic! Wszystkie koszty pokrywamy my! Od Ciebie potrzebujemy zaangażowania, czasu i współpracy.
Zgłoś się i zróbmy razem Tęczową Odmianę w Twojej okolicy!
W edycji 2025/2026 planujemy kilkanaście spotkań w całej Polsce. Ty możesz sprawić, że jedno z nich odbędzie się właśnie u Ciebie. Bo dzięki takim działaniom osoba LGBT+ w Twojej społeczności poczuje się w pełni u siebie. W końcu.
Na początku zapis jest dokładny, pełnymi zdaniami: Dulębianka odsłania ostatnie dni, miesiące, lata, gdy Konopnicka raz podupadała na zdrowiu, raz odzyskiwała jasność umysłu. W miarę jak się cofa w czasie, sięga ku pierwszemu spotkaniu — i wtedy ton notatek zmienia się: staje się niechronologiczny, hasłowy, porywający i bezpośredni. Nazwy miejsc mieszają się z imionami, jedno wspomnienie goni drugie. Dulębianka — krok po kroku, chwila po chwili — tworzy pamiątkę wszystkich lat spędzonych z Konopnicką.
Dziś zanurzamy się w tę historię – uzupełniamy luki, animujemy, przeskakując między datami tak spontanicznie, jak robiła to sama autorka. Wszystko po to, by doświadczyć niezwykłej historii ich relacji w sposób znacznie bliższy, niż oferują oficjalne źródła historyczne i pobieżne artykuły w sieci.
By stworzyć dla Was tę opowieść, przejrzałyśmy od groma ich prywatnej korespondencji, relacji historycznych i anegdotycznych wzmianek – ale nie traktujcie jej jako dokumentu historycznego.
Bo nasza próba to coś zupełnie innego. To prezent od nas, dla Was na Międzynarodowy Dzień Lesbijek. Dość już powtarzania wymazujących queerowe relacje frazesów o “małżeństwach bostońskich”, “towarzyszkach życia”, czy “wyjątkowych przyjaźniach”. Odzyskiwanie queerstorii to też jej tworzenie.
Prezentujemy opowieść o tym niezwykle ważnym dla naszej społeczności związku taką, jaką bardzo chciałybyśmy ją kiedyś usłyszeć, choć trudno było ją wydobyć spod pozbawionej intymnych niuansów „historii o przyjaciółkach”. W duchu współczesności zastanawiamy się też, czy „Tureckie noce” — tajemnicze hasło, które dla Dulębianki było wspomnieniem jednej z pierwszych randek — nie przypominałyby dziś wieczoru w rytmie Acid Arab, a czy Konopnicka, żyjąc teraz, zamiast zapisywać „Wrażenia z podróży”, nie prowadziłaby raczej travel vloga na wspólnym kanale YouTube.
Miłej lektury.
I wszystkiego najlepszego 🧡.
Spotkanie na Oboźnej. Zgadnij, która odważyła się odezwać pierwsza!
Dulębianka wspomina, że spotkały się “u Jasińskich”. Trudno dziś odkryć, o których Jasińskich chodzi, ale możemy się spodziewać – znając aktywistyczne szlaki Dulębianki – że chodziło o Oboźną 5, gdzie przyjmował pediatra i chirurg Roman Jasiński oraz mieszkała działaczka emancypacyjna – Helena Jasieńska.
Co działo się u Heleny? Kto wie, na pewno był to ważny punkt spotkań dla ówczesnych feministek. Jednak nie każda przestrzeń, w której spotykały i sieciowały się feministki, musiała mieć rangę kongresu czy wiecu.
Budynek na Oboźnej 5 w Warszawie, gdzie najprawdopodobniej poznały się Konopnicka z Dulębianką (wybudowany zaledwie 7 lat przed ich spotkaniem!)
Aby lepiej wyobrazić sobie całą sytuację przyjmijmy, że ‘u Jasińskich’ — czyli w mieszkaniu Heleny Jasieńskiej przy Oboźnej 5 — trwała domówka. Mieszkanie było pełne ludzi, którzy po cichu lub z rozmachem wierzyli w dobre zmiany; było salonem, gdzie się dyskutowało, sprzeczano i śmiano, gdzie rodziły się sojusze na drodze do wywalczenia polskim kobietom praw wyborczych. Wiecie — coś jak pierwszoroczne imprezy studentów kierunków humanistycznych, na stancji w okolicach Starego Miasta.
Dulębianka przyszła z koleżanką, rzeźbiarką – Tolą Certowiczówną – ale już po chwili podeszła do nich Konopnicka, zwracając na siebie uwagę malarki. Wywiązała się rozmowa. Dulębianka zaczyna pokazywać jej swoje rysunki.
– Ma pani psychologiczną rękę. – mówi Konopnicka.
Już na wstępie zwróciła uwagę na to, co było szeroko cenione w malarstwie Dulębianki: ponoć przedstawiała postaci na swoich obrazach z niezwykłym psychologicznym wglądem i wrażliwością.
Maria Dulębianka i jej „psychologiczna ręka”; „Po wyroku” (1900, olej na płótnie)
Następnie – co Dulębianka niemal z rozbawieniem wspomina w swoim notatniku – Konopnicka od razu przeszła do rzeczy, mówiąc — Żałuję, że nie jestem pani koleżanką (😉😉) — po czym od razu zaczęła proponować kolejne spotkania u Jasińskich. Trudno mówić tu o zaproszeniu na pierwszą randkę, bo… — prosi mnie o pierwszą, ale i drugą albo trzecią wizytę – wspomina Dulębianka.
W pewnym momencie Konopnicka – być może zdając sobie sprawę ze swojego nagłego przypływu śmiałości, zaczyna gorączkowo szukać dlań uzasadnienia, dodając –
— Nie może Pani przyjść sama…
Przypomnijmy tylko: to Konopnicka najpewniej pojawiła się u Jasińskich sama, podczas gdy Dulębianka – przybywszy z Tolą, na brak towarzystwa raczej nie narzekała.
No i się zaczęło.
Na pierwszą randkę rzeczywiście spotkały się ponownie u Jasińskich.
Dulębiance wtedy rozpruł się przetarty rękaw marynarki, więc Konopnicka go tam cerowała. Takie były narodziny słynnego, życzliwego określenia, którym pisarka często nazywała swoją partnerkę: “Pietrek z powycieranymi łokciami”.
Tu, spisywane w zatrważającym tempie wspomnienia Dulębianki (równoważniki zdań, to nawet nie są one) z pierwszej randki na domówce u Jasińskich, przeskakują od razu do Willi Frascati przy ul. Wiejskiej 10, w której wówczas mieszkała Konopnicka.
Co powiedzieć? Wygląda na to, że początki ich relacji – motyw bądź co bądź znany w lesstorii – szły jak burza. A Konopnicka – cóż, zdaje się że po prostu umiała zaskoczyć “Pietrka” kolejnymi, fajnymi okazjami do wspólnego spędzania czasu. Bo tuż po “Zszywaniu łokcia”, “Frascati”, w pamiętniku Dulębianki pojawia się tajemnicze:
Muzyka. Noce tureckie.
O co mogło chodzić?
W XIX wieku muzyka a’la „orient” była na wyciągnięcie ręki i często gościła na salonowych wieczorach. Organizowano imprezy w motywach “orientalnych” (tzw. turquerie), które były bardzo rozchwytywanym sposobem na zabawę w europejskich krajach już od XVIII wieku. “Muzyka. Tureckie noce” przywodzi na myśl zachwyt, gdy słucha się po raz pierwszy Acid Arab, zanim poznamy twórców Libańskiej, Marokańskiej, czy Palestyńskiej muzyki elektronicznej.
Wieczory w stylu turquerie nazwalibyśmy dziś być może trendem, ale w XIX wieku były także nostalgią utkaną ze zbyt upraszczających, wyidealizowanych, wyobrażeń na temat “orientu”. Być może o taki właśnie wieczór chodzi? — Konopnicka i Dulębianka kołysały się do XIX-wiecznej wersji Acid Arab, którą wówczas były pisane i grane przez europejskich kompozytorów melodie alla turca, snując marzenia o nadchodzących podróżach?
* * *
Na tym etapie zapisków Notatnika– Dulębianka wręcz wypluwa swoje wspomnienia, ledwie nadążając za własnymi myślami. Bo oto z tureckich nocy przenosimy się od razu do wyjazdu na Polesie, gdzie Konopnicka zabrała ją w odwiedziny swojej koleżanki – Marii Rodziewiczówny. Kto wie — może to właśnie była ich pierwsza wspólna podróż?
Dwie Marie, które zawsze stały za sobą murem
Dulębianka bywa przedstawiana, jako ta silna partnerka, która przejmowała dowodzenie i broniła swojej K. Podczas jednej z morskich podróży, gdy schodzący ze statku tłum niemal Konopnicką stratował – z pomocą od razu przyszedł „Pietrek, blady i mężny, nic się nie bał, tylko mnie bronił” – chwaliła się w liście dzieciom. Ale rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona, niż stereotypowe wyobrażenia “bladej i mężnej” partnerce Konopnickiej.
Dla przykładu – kiedyś, podczas ogólnopolskiego zjazdu kobiet (Warszawa, 1907 r.), Dulębianka wygłaszała swój referat. Na tym zjeździe Konopnicka była gościnią specjalną, gospodynią wydarzenia. Ranga obydwu prelegentek nie przeszkodziła jednak publiczności na czynienie sobie uszczypliwych żartów, ironicznych komentarzy rzucanych ni to pod nosem, ni to otwarcie, od chwili, gdy Dulębianka otworzyła usta.
Podobno chodziło tak naprawdę nie o treść referatu, a o jej związek z Konopnicką. Jedna z miejskich legend głosi, że pewnym momencie Konopnicka wkurzyła się i ostentacyjnie wyszła z sali.
II Zjazd Kobiet w Warszawie (z pierwszego nie zachowały się zdjęcia)
Sprawozdania z tego dnia są niejasne – niektórzy mówią, że Konopnicka wyszła podczas przemówienia Nałkowskiej, gdy głosiła słynne “Chcemy całego życia!”, bo podejście Nałkowskiej w kwestiach obyczajowych było dla niej zbyt trudne do przyjęcia. Jednak czytając prywatne zapiski Konopnickiej często widzimy, że chętniej ironizuje, niż uderza w ton moralnego oburzenia. Ponadto otwarcie krytykowała zastałe reguły społeczne, uwielbiała wytykać hipokryzję duchownych, wprowadzając ich w osłupienie.
Z jej twórczości literackiej wiemy też, że sprzeciwiała się nierównościom społecznym, dyskryminacji. Dlatego raczej trudno wyobrazić sobie ją jako osobę, która wychodzi i trzaska drzwiami, bo Nałkowska powiedziała coś “zbyt radykalnego”. Ale jest to zupełnie zrozumiała reakcja na homofobiczne ataki uderzające w nią i jej partnerkę.
Ich zapiski ukazują też inną, a równie ważną stronę ich związku – niezwykłą kompatybilność, umiejętność podążania za sobą i wspierania się, czasem niemal intuicyjną. Najlepszym dowodem tej strony ich relacji są ich liczne podróże i wszystko, co dziś o nich wiemy.
Veneto – objawienie nad Adriatykiem i kaszel Gondoliera.
Mdlejące nenufary
Kiedyś wybrały się w podróż po Veneto – wrażenia Konopnickiej z tego, pełne typowego dla Włoch u schyłku XIX wieku zgiełku, pchały jej emocje ku gwałtownym przeobrażeniom – od zupełnie nieprzewidzianych momentów upojenia i zachwytu po ironiczne, poirytowane żarty na temat otoczenia.
Zwiedzając z Marią weneckie zabytki, podniosłym tonem pisała…
Wschód tchnie tutaj na wędrowca z porfirów swoich i mozaik starych, a każda kolumna ma swoje sny o palmach i niewolnicą jest na służbie zwycięzców stojącą. Chrystusy o ciemnych twarzach patrzą z den złocistych obrazów, a proroki stare w majestacie siedzą, a duch lata pod sklepieniami, natężony w sobie i płonący bardzo.
Ale wystarczyło, by tylko wyszła spod bogato zdobionych świątynnych sklepień – i natychmiast zmieniał się jej humor:
— Cóż, kiedy na dole gwar i ruch rośnie (…) U drzwi zaraz obdartus chwyta cię za poły i przemawia do ciebie wszystkimi językami świata, i przemówiłby językiem rajskim, gdyby tylko Adam, ten z pysznej mozaiki, w atrium kościoła na sufit rzucony, miał tużurek, w nim kieszeń, a w kieszeni — lira.
(…) Bronisz się, chcesz być sam, ale zajadły oprowadzacz nie pozwala ci na to. Krok w krok za tobą idzie i na myśli twoje następuje wielką swoją stopą. Jest on urodzonym nieprzyjacielem wędrowców zadumanych i cichych. Zaledwieś w kącie jakim stanął, wnet ciągnie cię na galerię, pokazuje wota w ołtarzach i trąci winem. Odsuwasz się, lecz on jeszcze „nic dziś w ustach nie miał”; „mógłby mszę odprawiać, gdyby był księdzem”.
Na szczęście — nie jest księdzem.
Całe szczęście, że ich wycieczka na Lido obfitowała w znacznie przyjemniejsze doświadczenia.
Mogły w końcu odpocząć od zgiełku i usiadły nad brzegiem morza. Konopnicka, podziwiając piękne, dynamiczne fale Adriatyku, tak głęboko zatopiła się we własnych refleksjach, że zupełnie straciła poczucie czasu. Przemyślenia pochłaniały ją głębiej, i głębiej, i jedno przemyślenie przepływało w drugie, tak jak fale przed jej oczami pochłaniały same siebie. Zaniepokojona Dulębianka chwyciła ją za ramię i potrząsnęła. Wówczas stała się rzecz nieoczekiwana. Konopnicka wyostrzając wzrok ujrzała…
…nimfy wodne. — Po chwili stwierdza jednak — [T]eraz muszę się wyrzec tej pięknej nazwy i po prostu przyznać, że to były pływaczki kąpiące się w morzu.
A jednak– czytajac dalej – naprawdę można mieć wątpliwości. Może to jednak były nimfy? Kto wie. Jedno jest pewne. Zażywajace kąpieli morskich Włoszki, zrobiły na Konopnickiej piorunujące wrażenie:
Jedne z nich, zarzuciwszy na sznur wyciągnięty nagie swoje ramiona, dały się unosić wód biegowi jako nenufary mdlejące, główką w tył przechyloną dotykając fali. Inne — rzucały się do pływania namiętne, gwałtowne, a przezroczysta wód gaza zdradzała ich gibkie wygięcia i ruchy zuchwałe — i rozsuwała się przed wzdętą piersią — i zamykała za pluśnięciem stóp drobnych. (…) Patrz, oto jedna z pływaczek zstępuje do wody z wolna, świecąc różową nagością wahającej się stopy w sandałku z kukurydzowego łyka. Zasłania się ona rękoma, iż słońce patrzy na nią; włosy jej, zwinięte wysoko, odkrywają piękny łuk pochylonej szyi, wzrok z natężeniem na wodę zwrócony, uśmiech zalęknienia na ustach. Tuli się ona w sobie i zstępuje niepewna — z urokiem wielkim dla oczu. Patrz, przeciw niej w górę biegnie szybko inna, sypiąc iskrami kropel rzęsistych, wydatna rzeźbą ciała, świeża wzruszeniem. Fala goni za nią spragniona, rozkochana. Ale oto już i ciebie ogarnia pokusa rzucenia się w morze. Jest coś rozkosznego w tym oddaniu się potężnym uderzeniom fali, w tym wyciągnięciu ramion do czegoś, co jest ogromne i tajemnicze, w tym zmieszaniu istoty swojej z szumem i odpryskiem wód, łamiących się na piersi jak kryształ pęknięty. Pieszczota w tym ludzka prawie — i upojenie wielkie.
Maria Dulębianka, „Morze”, Muzeum Narodowe w Krakowie (1861-1919)
Gdy czytamy Konopnickiej “Wrażenia z podróży”, szczególnie tych weneckich, które także pobieżnie są wspomniane w Notatniku Dulębianki – ani razu nie pada słowo “Pietrek”, ani “Dulębianka”.
Na każdym kroku daje się jednak wyczuć jej obecność. Czasem bardzo bliską, ale nie narzucającą się – jak wtedy, gdy czytamy o ramieniu towarzyszki wyrywającym ją z nadmorskiego zamyślenia tylko po to, by wpędzić w kolejne; czasem z kolei jest to obecność tak oczywista, że wyłania się tylko w: “miałyśmy”, “byłyśmy”, “pojechałyśmy”, “zatrzymałyśmy się”. Innym razem – jak w Wenecji – Dulębianka daje o sobie znać z typową dla siebie przekorą.
Romantyczna wycieczka gondolą w akompaniamencie kaszlu
Być może Wenecja jest i miastem miłości, i być może według Was zwiedzanie gondolą wąskich kanałów starego miasta służy jedynie całowaniu się pod osławionymi pomostami – może teraz, gdy te wakacje serwuje Wam popularne biuro podróży. Ale nie w XIX wieku, i nie, gdy Waszemu gondolierowi doskwiera nieznośny kaszel.
Pocztówka z Wenecji wysłana przez Konopnicką do swojej córki Laury
Maria Konopnicka uwielbiała Laniego – gondoliera, który oprowadzał je po Wenecji, ale gdy szło o jego kaszel – doprowadzał ją do szału. Dlatego też, by poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi na ich romantycznej drodze przez kłopoty zdrowotne przewodnika, razem z Dulębianką wymyśliły sobie pewną złośliwą zabawę.
Z doświadczenia wiedziałam, że Lani póty tylko kaszle, póki nie zacznie mówić – pisze Konopnicka – ledwo więc trzy razy wiosłem od brzegu pchnął, zapytywałam go natychmiast:
— A tamto? – Konopnicka rzucała kolejne pytanie, ledwie Lani zdążył opowiedzieć na poprzednie
— Też Contarini, signorina. – wymigiwał się.
— A ten na prawo? — Konopnicka nie ustawała (wszystko, byleby znów nie zaczął kaszleć!)
— Tamten? To właśnie także Contarini. – odpowiadał zdawkowo
— Ale cóż znowu, padre! Przecież wszystkie nie mogą być Contarini. – przekomarzała się Konopnicka
Gdy jej próby zagadania oszczędnego w słowach gondoliera nie przynosiły skutku, wówczas do gry wkraczała Dulębianka, przerywając jego targane kaszlem milczenie i kwitując w kierunku swojej partnerki:
— A, co on tam wie!
Dulębianka grała mu na nerwach i ta strategia sprawdzała się zawsze: zmuszała biednego, wyprowadzonego z równowagi mężczyznę do zdobycia się na dłuższą odpowiedź.
Najpierw zawsze próbował gryźć się w język – zmilczał — pisała Konopnicka — ale mu wiosło aż skrzypi w ręku.
W końcu zbity z tropu i wyprowadzony z równowagi Lani nie wytrzymywał, krzycząc “tak zajadle, aż go w Rialto było słychać”:
— Niente! Niente! Lani głupiec, Lani prostak, Lani nic nie wie. Signora wie lepiej, signora wie wszystko! – przedrzeźniał Dulębiankę.
Lesstoria czułości pisana podróżami
Czytając Konopnickiej “Wrażenia z podróży” można odnieść wrażenie, że prowadzi ona coś na wzór vloga. Wówczas Dulębianka staje się tą bohaterką, która niewiele mówi, ale pełno jest jej w tle nagrań swojej partnerki. Spokojnie zajmuje się codziennymi sprawami czasem pomacha z dalszej części kadru – ale jak już coś nieoczekiwanie skwituje – nie możemy powstrzymać się od śmiechu.
Dulębianka lubiła z cierpliwością i zainteresowaniem podążać ścieżkami swojej „K.” Towarzyszyła jej, stwarzając dogodną przestrzeń do pisania kolejnych książek, wierszy, czy polemik, a tym samym – otwierając sobie okazję do sporządzania kolejnych portretów ukochanej – jej zdecydowanie ulubionej modelki.
Maria Dulębianka, Portret Marii Konopnickiej (ok. 1890), Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu
Wspólne podróże były czymś niezwykle zsynchronizowanym z rytmem ich życia. Czasem przeznaczały na nie ostatnie złotówki.
Kiedyś Dulębianka sprzedała swój obraz za 150 rubli, by zafundować Konopnickiej wycieczkę do Neapolu.
Innym razem Konopnicka zabrała partnerkę do Paryża i zapisała na lekcje rysunku, a sama dorabiała na boku, by pomóc im się utrzymać na czas trwania kursu.
Dulębianka jest w Paryżu. Właściwie i ja jestem w Paryżu dla niej tylko. Wywiązuję się z obowiązku. Przez podróże ze mną wyszła jakoś z rutyny malarskiej, zwłaszcza z tego szerokiego malowania, które wymaga dużej pracowni, wskazówek dobrych profesorów i żywego na kilka godzin z rzędu – modela. Otóż namówiłam ją, żeby się zapisała na parę miesięcy do akademii dla odświeżenia sobie i ułatwienia takich właśnie artystycznych seansów. Nie miała z początku chęci, ale nie ustępowałam, bo w ostatnich czasach tak ulgnęła w portretach z fotografii, że groziło to zupełnym zderutowaniem. (…) Od tej pory obywamy się tu jak możemy, żeby nam starczyło to, co ja mieć mogę. Mamy dwa pokoiki mansardowe i pół pensji. Resztę dorabiam sama. (M. Konopnicka, Korespondencja. Konopnicka – Orzeszkowa 1879–1910, red. E. Jankowski)
Z kolei trakcie pobytu w Monachium, zobaczyły w jak opłakanym stanie był grób matki Dulębianki, ale nikogo z (podobno całkiem majętnych) krewnych to nie interesowało. Wtedy Dulębianka sprzedała swój ukochany rower i zostały dłużej, by przez następne tygodnie własnymi rękami wysprzątać i odrestaurować miejsce pochówku Pani Dulęby.
Choć w internecie nierzadko przeczytamy, że były to “podróże Konopnickiej z Dulębianką”, ale to wynika to raczej z wieloletniego wymazywania queerstorii ich związku, nie zaś z niepodważalnego faktu. Uważna lektura listów, Notatnika Dulębianki, a w szczególności już Wrażeń z podróży Konopnickiej – nie pozostawiają wątpliwości, że podróże były wspólne, a obecność Dulębianki w ich trakcie – kluczowa. W końcu kto wytrącałby ją z zamyślenia, albo wspólnie drażnił się z bogu ducha winnym gondolierem.
Tej, którą pani kochała
W ostatnich latach lata życia Dulębianka i Konopnicka związały się z Żarnowcem. Do tego stopnia, że mieszkańcy wpletli je w tkankę lokalnego folkloru.
W Żarnowcu żywa była legenda o Białej Damie – zmorze w białej sukni, która straszy mieszkańców, hałasując nocami. Ale gdy tylko Konopnicka z Dulębianką wprowadziły się do Żarnowca opowieść się zmieniła – i niektórzy mieszkańcy mieli własną, alternatywną interpretację podania.
Wiemy o tym stąd, że wiele lat po śmierci obydwu Marii, do Żarnowca przyjechał Leszek Soliński (partner Mirona Białoszewskiego); czasem odwiedzał Zosię – córkę Konopnickiej – wypytując o czasy, w których jej matka mieszkała tu z Dulębianką. Zosia opowiadała mu o straszącej nocami Białej Damie, i o tym, jak w dniu przyjazdu do Żarnowca, Konopnicką witano z hasłem “Nie rzucim ziemi”. Ale naraz Zosi przerwała sąsiadka, stara Feliksowa, mówiąc, że żadnego “Nie rzucim ziemi” tylko witano ją słowami “Witaj nam pieśniarko ludu na tym zagonie”, bo tak to sobie wymyślił pewien żarnowski nauczyciel, i że żadna Biała Dama, tylko jej własna matka z partnerką. Według starej Feliksowej Konopnicka siadała Dulębiance na barana, zakładały na siebie prześcieradło i udając lokalną zmorę – Białą Damę – odstraszały potencjalnych złodziei przed wykradaniem kwiatów i warzyw z ich przydomowego ogródka. W końcu w czasach, gdy nie było systemów alarmowych – trzeba było sobie jakoś radzić.
Konopnicka i Dulębianka na werandzie dworku w Żarnowcu, fot. Józef Zajączkowski, 1903, Biblioteka Narodowa
***
Gdy Konopnicka odeszła tamtego październikowego wieczoru – wspólny ogródek, podróże i dom nie wystarczyły, by zabezpieczyć przyszłość pogrążonej w żałobie Dulębianki. Córki i inni krewni Konopnickiej nie byli specjalnie skorzy do podzielenia się spadkiem. A jednak to z Dulębianką konsultowano kwestie związane z upamiętnieniem dorobku artystycznego i społecznego Konopnickiej. Notatnik był świadectwem ich związku, namiastką tego, czego dziś, po ponad stu latach, nadal nam się odmawia – prawa do małżeństwa.
Notatnik był świadectwem, ale niedługo po śmierci Konopnickiej okazało się, że była też cicha świadkini ich miłości – przez wiele lat nieobecna w życiu Konopnickiej jej własna siostra – Celina Świrska. Skontaktowała się z Marią przepraszając, że nie była na pogrzebie (z powodu ciężkiej choroby – najpierw swojej, potem swojego syna) i nieśmiało poprosiła o podtrzymanie – a nawet raczej – zbudowanie relacji po śmierci jej siostry. Świrska
Ogromnie mi było przyjemnym otrzymać list od Pani, którą Maria tak kochała i dla której ja sama żywiłam zawsze najgorętszą sympatię. — A potem poprosiła Dulębiankę o pozostanie w stałej korespondencji, dodając — Nie odmówi mi Pani tego przez pamięć, że jestem siostrą tej, którą pani kochała, prawda?
Dzięki naszej wspólnej determinacji i pracy już od czerwca ruszą kolejne tęczowe działania. Poznaj 15 niezwykłych inicjatyw, które otrzymują kasę na działania w 5. edycji Grantów dla Odmiany.
Co będzie się działo?
W Trzebnicy zagości “Mandala Różnorodności” – szereg warsztatów edukacyjnych, spotkań grupy wsparcia i konsultacji psychoterapeutycznych dla lokalnych osób neuroqueerowych. Za tym ważnym przedsięwzięciem stoją osoby z Fundacji Mandala Umysłu.
W Krakowie, Warszawie, Biłgoraju, Wrocławiu (i online!) Grupa Nieustającej Pomocy będzie podpowiadać osobom transpłciowym, jak w bezpieczny sposób korzystać z binderów, pakerów i taśm. Ich pomysł nosi nazwę “Boskie ciało” i oprócz warsztatów, przewiduje stworzenie praktycznego poradnika.
W Toruniu osoby ze Stowarzyszenia Pracownia Różnorodności mówią “Starość to radość!”, wychodząc z inicjatywą do starszych osób LGBT+. W jej ramach przeprowadzą spotkania międzypokoleniowe i wydarzenia, które pomogą im zintegrować się ze społecznością sojuszniczą.
W Miliczu odbędzie się cykl cotygodniowych spotkań dla młodzieży LGBT+ z całego powiatu. Za stworzeniem takiego safe space’u, nie po raz pierwszy, stoją niezwykłe sojuszniczki i osoby queerowe ze Stowarzyszenia “MYŚLMY”.
W Krakowie oraz – dzięki spotkaniom online – w całej Polsce, przeróżne osoby ze społeczności LGBT+ i sojuszniczej, będą miały okazję poćwiczyć bezprzemocowe praktyki na warsztatach grupy Tęczowa Bezprzemocowa. Znajdziecie je za jakiś czas pod nazwą “3 x Tęczowa Bezprzemocowa: inspiracja/działanie/oddech”.
W Tychach odbędzie się już “Drugi Tyski Dzień Równości” – niezwykły tęczowy piknik, który skupia lokalne osoby ze społeczności LGBT+ i sojuszniczej. Za przedsięwzięciem stoi Stowarzyszenie Tychy Osiedle Q. W trakcie pikniku będzie okazja do rozwoju, wypoczynku, także tego aktywnego!
Neuroróżnorodne osoby LGBT+ z całej Polski będą mogły wybrać się na letni obóz organizowany już po raz trzeci przez kolektyw Neuroqueer. Osoby uczestniczące będą łączyć wypoczynek z edukacją i budowaniem sieci wsparcia w społeczności neuroqueerowej.
Mieszkańcy i mieszkanki Wolina z kolei porozmawiają z “żywymi książkami”, które wybiorą się tam za sprawą Odmieniaczy z organizacji Tęczowy Szczecin. “Żywe Opowieści Równości” to interaktywna wydarzenie stworzone w nurcie “żywej biblioteki”, w trakcie którego społeczność Wolina będzie mogła poznać bliżej historie osób LGBT+ i szczerze porozmawiać.
Tymczasem w Kołobrzegu nadciąga “Przypływ Równości” – cykl intensywnych spotkań społecznościowych, które zwieńczy marsz równości, piknik i pokaz filmowy. Takie rzeczy tylko dzięki niezwykłym osobom ze stowarzyszenia RównyBrzeg!
W Kielcach osoby z grupy Tęczowe Dziki mówią – “Spotkajmy się!” I to nie raz, a dwanaście – tyle właśnie spotkań zorganizują, żeby dać osobom LGBT+ oraz sojuszniczkom i sojusznikom okazję do integracji.
Z kolei legnickie nauczycielki i inni pracownicy szkół dowiedzą się, jak skutecznie wspierać transpłciowe osoby uczniowskie. Inicjatywa ta jest pomysłem osób z grupy Lokalna Legnica i dzięki wsparciu Grantu dla Odmiany – szkolenia będą bezpłatne.
“Bądź głośnx!” – zachęcają osoby z Kolektywu TransCendens. To za ich sprawą w Lublinie odbędą się warsztaty z afirmacji głosu dla osób trans i niebinarnych. Poprowadzi je nikt inny, jak sama Odmieniaczka z inicjatywy CzułyGłos – Natalia Pancewicz!
W Rzeszowie i okolicach osoby LGBT+ dostaną wsparcie finansowe na spotkania z psychologami i psycholożkami. Organizująca inicjatywę Fundacja Tęcza Po Burzy pomoże im także dobrać odpowiednich specjalistów do swoich potrzeb.
Tymczasem w Kaliszu, zamiast marszu, odbędzie się tęczowy festiwal w Centrum Kultury i Sztuki oraz piknik, czyli “Festiwal Calisia Pride”. Taki pomysł na świętowanie miesiąca dumy mają osoby z lokalnej organizacji Bank Równości.
I last but not least – w samo serce Poznania trafią strzały “Platonicznych Amorów”! To inicjatywa w duchu speed-friendingu dla kobiet kochających kobiety, zorganizowana przez House Of Cropp. Na jej zwieńczenie odbędzie się drag king show!
Dziękujemy za to, że jesteście, działacie i kolorujecie Polskę wszystkimi barwami tęczy! Nie możemy się doczekać efektów Waszej pracy, którymi oczywiście będziemy się dzielić na naszych social mediach.
A jeżeli chcesz, by takich historii Odmiany działo się w Polsce jeszcze więcej – wspieraj nas stałą wpłatą.
Możecie zgłosić pomysły, jakie wam się tylko marzą. Ufamy, że wiecie czego najbardziej wam potrzeba. W Funduszu zdajemy sobie sprawę, że aktywizm na rzecz osób LGBT+ to nie tylko działania spektakularne, ale i codzienna, kameralna praca na rzecz tego, by coraz więcej społeczności lokalnych stawało się przyjaznym i bezpiecznym miejscem dla osób LGBT+.
Jak oceniane są pomysły na lokalne działania LGBT+ w Funduszu?
Granty dla Odmiany zawsze wybierane są przez was. W Funduszu stosujemy społecznościową ocenę pomysłów – po przejściu oceny formalnej kontaktujemy się z wami i wzajemnie oceniacie swoje pomysły na wsparcie społeczności LGBT+. Na tym etapie przyznana zostaje ponad połowa grantów. Zostawiamy jednak pewien margines dla panelu społecznościowego, który ustalił, jak będzie wyglądać 5. edycja Grantów dla Odmiany.
Nad tą edycją w panelu wspólnie pracowały: Piotr Buśko, Małgorzata Dymowska, Magdalena Młynarczyk-Wezgraj, Natalia Pancewicz i Blanka Rozbicka. Jeżeli jeszcze tego nie robicie, koniecznie zaobserwujcie nas na FacebookuiInstagramie, gdzie opowiemy więcej o nich już w niedzielę 30 marca.
Wówczas osoby z panelu przeglądają pozostałe pomysły. W 5. edycji Grantów dla Odmiany, będą w pierwszej kolejności brać pod uwagę te, które cechuje:
Lokalność: działania osób LGBT+ lub na rzecz społeczności LGBT+ na wsi lub w małych i średnich miastach,
Przodownictwo: inicjatywy osób, które działają krócej niż rok i / lub które mają gotowość zrealizować pierwszy projekt na rzecz społeczności LGBT+, oraz działania w miejscowościach w których do tej pory nie było działań na rzecz osób LGBT+.
Działanie na rzecz widoczności: działania na rzecz osób, których perspektywa jest niedoreprezentowana w działaniach na rzecz społeczności LGBT+, na przykład: lesbijek, osób niebinarnych, transpłciowych, interpłciowych, queerowych, aseksualnych, biseksualnych.
Różnorodność: działania na rzecz tej części społeczności LGBT+, które doświadczają dyskryminacji krzyżowej, lub innej grupy wewnątrz społeczności osób LGBT+ wymagającej szczególnego wsparcia, pomocy lub ochrony, np. osoby LGBT+ z niepełnosprawnościami, doświadczeniem migracji, osoby LGBT+ w wieku dojrzałym i starszym.
Po grant możecie zgłosić się niezależnie, czy spełniacie któryś z poniższych punktów, czy nie. Jeżeli jednak widzicie się w którymś z nich – koniecznie dajcie znać o tym we wniosku! Zwiększy to wasze szanse na dostanie grantu nawet, jeżeli w pierwszym etapie oceny społecznościowej nie otrzymacie wystarczającej liczby punktów.
Lokalne działania LGBT+, a marsze równości
Potrzebujecie kasy na marsz? W porządku, pamiętamy także o was! W końcu sezon marszowy 2025 już u progu. Osoby z panelu dyskutując nad 5. edycją Grantów dla Odmiany były zgodne co do tego, że lokalne społeczności LGBT+ szczególnie teraz potrzebują wzmocnienia i okazji do sieciowania. Dlatego w Grantach dla Odmiany 2025 wspieramy marsze równości tylko wtedy, gdy macie na nie pomysł razem z towarzyszącym im działaniem społecznościowym. Dobrym przykładem są osoby z koszalińskiej Fali Równości, których marsz był zwieńczeniem serii spotkań społecznościowych. W tygodniach poprzedzających marsz, osoby z lokalnej tęczowej społeczności spotykały się, haftując tęczową flagę. Musicie ją koniecznie zobaczyć!
🏳️🌈 Samoklęski lub Kamionka oraz Lublin, województwo lubelskie,
🏳️🌈 Sejny, województwo podlaskie,
🏳️🌈 Słupsk, województwo pomorskie,
🏳️🌈 Stężyca i okolice, województwo pomorskie,
🏳️🌈 Temeszów, województwo podkarpackie.
Wybór osób do programu to efekt pracy naszego sześcioosobowego Panelu Społecznościowego, który stworzyły nasze darczynie, aktywiści LGBT+ oraz osoby, które wcześniej korzystały ze wsparcia Funduszu dla Odmiany.
Niedługo pierwszy zjazd!
Już wkrótce – ✔️ 13 marca – spotkamy się z osobami na pierwszym zjeździe. Otworzy on intensywny cykl warsztatów i webinarów, których zwieńczeniem będzie stworzenie własnego działania lokalnego przez każdą z osób uczestniczących, ze wsparciem finansowym do 4900 zł!
Jesteśmy niezwykle dumne, widząc kolejne osoby dołączające do tęczowej odmiany z naszym programem. Dziękujemy wszystkim za nadesłane zgłoszenia i za dzielenie się wieściami o 4. edycji! Nie możemy się doczekać, by oficjalnie poznać wszystkie osoby uczestniczące już 13 marca.
Śledźcie nas na Facebooku i Instagramie, gdzie będziemy dzielić się efektami pracy osób uczestniczących w programie.
Możesz wesprzeć nas w realizacji tej i kolejnych edycji programu, przekazując nam 1,5% podatku (KRS 0000 791 625).
FDO: Kiedy rozmawiamy, macie za sobą 5 Przeglądów Piosenki Przegiętej i prowadzicie właśnie drugą Akademię Piosenki Przegiętej. To niezwykłe, gdy pomyślę, że trochę mniej Fundusz dla Odmiany i że ten cały czas nasze ścieżki się splatają. Czy dostrzegacie na jego przestrzeni ważne punkty zwrotne waszych działań?
Natalia Kaniak:Myślę, że bardzo ważnym krokiem na naszej ścieżce był 4. Przegląd. To wtedy powiedzieliśmy sobie, że nie chcemy robić wyłącznie night-life’u. Chcieliśmy postawić na wydarzenia spajające społeczność – takie, które dotykają paradygmatu czułości. Tworzyć przestrzeń, gdzie można porozmawiać, poprzytulać się. Miejsce, które nie jest za głośne i przyjazne osobom przebodźcowanym. Przede wszystkim – żeby odbywało się też coś w ciągu dnia, bez atmosfery “imprezowania” i picia. Właśnie to, co wtedy sobie uświadomiłyśmy, wytyczyło podejścia, które wdrażamy obecnie.
Kamil Cebula: Obecnie nasz kolektyw jest dużo większy, więc przy 5. przeglądzie udało się nam sprawnie podzielić pracą. Zorganizowaliśmy kilkuosobowe zespoły odpowiedzialne za różne obszary festiwalu. Dzięki temu zadania zostały podzielone równo. Przegląd z nowym podejściem pozwolił nam uniknąć przemęczenia. Mieliśmy czas na wytchnienie i przemyślenie różnych spraw w trakcie. Wydaje mi się, że to jest bardzo ważne przy organizowaniu jakichkolwiek wydarzeń. Przegląd trwał 10 dni. Gdybyśmy skumulowali to wszystko na przykład w 5, albo 3 dni, to prawdopodobnie nie wyszłoby to tak dobrze. Pamiętam, że kiedy ustalaliśmy kształt festiwalu, pojawiały się głosy, że może być tego za dużo i że się przepalimy. Tymczasem w trakcie 4. edycji, paradoksalnie, dni było mniej, ale wszystko było bardziej intensywne.
Czym zaowocowała wasza zmiana podejścia?
Natalia:No na pewno tym, że 5 edycja nie działa się tylko w Katowicach, ale także w Tarnowskich Górach i w Bytomiu. To miasta, o których czasem się zapomina, a to też jest Śląsk! W Tarnowskich Górach poznaliśmy Kolektyw Pralnia, który okazał się być bardzo sprzyjającą nam grupą i pomogli nam zorganizować stand-up. Po drugie bardzo cenię to, że w 5. edycji nie występowały tylko osoby z Polski.
Gościłyśmy chociażby osoby z Grupy Mauczka, która jest niemieckim odpowiednikiem Śląska Przegiętego. To niemiecki kolektyw, badający śląską tożsamość z perspektywy Niemców o śląskich korzeniach. Często, jak my, eksperymentują z queerowaniem śląskiej tożsamości, także przez sztukę. Dla mnie było niesamowite zmierzyć się z tym, w jaki sposób oni widzą tę śląskość, jak ją interpretują, jak bardzo – na przykład – dla nich łączy się ona z kontekstem Żelaznej Kurtyny, gdzie u nas nie gra to akurat takiej roli. To było niezwykłe, że w trakcie 5. Przeglądu udało nam się te różnorodne perspektywy połączyć w ramach jednego wydarzenia.
Kamil:Super było to, że postawiłyśmy na więcej nie-nightlife’owych wydarzeń, niż do tej pory. Poliamoryczne Ogródki Działkowe Danielki Weiss totalnie nas zaskoczyły. To coś, co nie miałoby takich szans na zaistnienie, gdybyśmy wciąż skupiały się przede wszystkim na wydarzeniach nocnych.
Pamiętałam słowa Pawła Świerczka, który gdy się poznaliśmy powiedział, że marzy mu się, żeby pewnego dnia Przegląd Piosenki Przegiętej był jak queerowy odpowiednik Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Jak dziś zapatrujecie się na to marzenie? Jest ono nadal aktualne, czy też może zaczęła wam się wyłaniać inna wizja?
Natalia: Chyba już nie chcemy robić takiego wydarzenia jak w Opolu (śmieje się).
Zrozumieliśmy, że queerowe wydarzenia podobne do Festiwalu Piosenki w Opolu stawiałyby na pewien profesjonalizm. Tymczasem nam zależy, żeby nie oddzielać osób debiutujących, amatorskich i profesjonalistów. U nas na scenie nie ma takiego podziału spod znaku — “A teraz gwiazda wieczoru”, “A teraz pięć supportów” — to nie jest to, czym jest ten Przegląd. Nam zależy, żeby Sonata, która jest po 70-tce była na tej samej scenie, co popularna, około 20-letnia drag queen, żeby te różne osoby poczuły, że są w jednej grupie.
Po drugie – co bardzo splotło się z naszą działalnością, i co mam nadzieję będziemy kontynuować – to queerowanie rzeczy niekoniecznie kojarzonych z queerem, jak na przykład warsztaty z robienia pluszaków obciążeniowych dla osób neuroróżnorodnych. Bardzo podoba nam się też formuła, w której robimy wydarzenia odpowiadające na potrzeby różnych osób z naszej społeczności – czyli jest przestrzeń nie tylko na nocne wydarzenia, ale warsztaty, piknik, czy kameralny stand-up.
Kamil: Dodałbym, że Przegląd jest wydarzeniem queerowym, ale jest też wydarzeniem śląskim. I my tę śląskość zawsze chcemy i będziemy przemycać. Myślę, że to jest coś, co nas wyróżnia. Jednak queery na Śląsku to wciąż jest rzeczywistość niecodzienna.
Jak w waszym doświadczeniu wygląda teraz queerowanie Śląska? Jak żyło się tu queerom, kiedy zaczynaliście działać i jak w waszym odbiorze żyje się teraz?
Natalia: Bardzo spoko jest to, że jesteśmy już zauważeni przez lokalne instytucje i przez NGO-sy. Kiedyś w trakcie jednego spotkania w pracy, mój szef napomknął “Hej, bo ty w ogóle należysz do tej ekipy Śląska Przegiętego?” i wszyscy zareagowali “Wow, ale super!”. To mnie zdziwiło, bo do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że jesteśmy bardzo anonimowi. To pokazuje, że już częściowo przebiliśmy się do ogólnej świadomości na Śląsku i to jest super. Tak samo jak fakt, że obecnie możemy już organizować działania we współpracy z dużymi instytucjami.
Parę lat temu, kiedy Śląsk Przegięty powstawał, to było takie założenie, żeby z naszej perspektywy opowiadać o historii Śląska, a teraz już staramy się kształtować jego teraźniejszość i przyszłość. Ten cały festiwal wydaje się czasem być taką jedną wielką próbą robienia utopii. Już nie musimy mówić o tym, że byli przegięci Górnicy, teraz możemy sobie queerować w inny sposób.
Kamil: Ta śląska queerstoria już istnieje, a my teraz piszemy swoją własną. Jakiś czas temu zacząłem pracę w jednej knajpie i menadżer któregoś dnia zaczyna opowiadać, że był na takim fajnym wydarzeniu w Katowicach, na którym były drag queens i drag kings. Zacząłem go o nie dopytywać i okazało się, że to były Beboki, które organizowaliśmy. Rozumiesz, to jest hetero facet, który z ciekawości poszedł na Beboki ze swoją dziewczyną. Takich osób jak oni, było na Bebokach naprawdę dużo.
Natalia: Beboki to drag show, które zrobiliśmy w okolicach Halloween i zaprosiliśmy kilka osób performerskich ze Śląska i kilka z całej Polski. Każda z nich miała za zadanie wybrać sobie jedną postać ze śląskiej mitologii i zrobić dragowe show na jej podstawie. Nieodłączną częścią tego procesu było nauczanie osób i siebie na temat śląskiej mitologii. To był ogromny sukces: pamiętam, że kupiliśmy około dwustu opasek na wejście, a przyszło dwa razy tyle osób! Udało nam się zaprosić trębacza, który na zakończenie zagrał utwór “Górniczo hutnicza orkiestra dęta” zespołu Pogodno. Przyszły osoby z wielu różnych śląskich społeczności. Także te, które wcześniej nie miały dużej styczności ze sztuką queerową. Jak widać, można to robić też w ten sposób – uczyć, bawiąc! (śmieje się) Można też zrobić spacer queerstoryczny. O godzinie dwunastej…
Kamil: nawet dziesiątej…
Natalia: …spotkać się z grupą pięćdziesięciu osób w centrum miasta, oprowadzić je po ważnych miejscach dla naszej społeczności. Pokazać, że to miasto jest dla wszystkich – na takie wydarzenie zdecydowaliśmy się właśnie w ramach 5. Przeglądu.
Kamil: Tutaj – podobnie – nie spodziewaliśmy się, że frekwencja będzie tak duża.
Czy na którymś etapie działania z kolektywem (albo wcześniej) czuliście, że wasze śląskie tożsamości i tożsamości queerowe to jest coś, co trzeba połączyć, czy też w jakiś sposób one zawsze koegzystowały?
Natalia: Według mnie to nie jest kwestia samej śląskości, a bardziej tego, z jakiego miejsca na Śląsku jesteś. Bo jeżeli jesteś z małej miejscowości, twoje doświadczenie będzie zupełnie inne, niż jak jesteś z centrum Katowic.
Kamil: W potocznym rozumieniu ta cała śląska historia, kultura, otoczenie – to wszystko jest takie bardzo męskie. Ja pochodzę z małej miejscowości, i u mnie zawsze to tak wyglądało, wszędzie czułem presję, by wpasować się w jakiś schemat, męski schemat, by znajdować sobie męskie zajęcia. Ale moja tożsamość zawsze ze mnie wychodziła prędzej, czy później – poszukiwałem alternatywnych zajęć, poznawałem nowych ludzi. To wszystko koniec końców doprowadziło mnie do Śląska Przegiętego. To mi dało takie poczucie jedności w grupie: znalazłem się wśród ludzi, którzy są bardzo od siebie różni, ale mamy wspólny cel. To dało mi to taki punkt odniesienia, poczucie, że niezależnie od bieżącej sytuacji w życiu masz tę grupę, do której możesz się “przytulić”.
Natalia: Na przełomie lat z kilku osób – grupa rozrosła nam się do około trzydziestu, zrobiła się wielopokoleniowa. Samo bycie ze sobą, rozmawianie o tym, pomaga nam znajdować różne sposoby patrzenia na śląskość i na queerowość, a może nawet szerzej – na taką odmienność, po prostu.
Czy sztuka performatywna i drag, może być pomocna w przepracowywaniu trudnych realiów, z którymi mierzymy się jako osoby LGBT+ w Polsce?
Natalia: Po pierwszej Akademii Piosenki Przegiętej zrobiliśmy sobie takie spotkanie ze wszystkimi osobami, które w niej uczestniczyły. Pamiętam, że dużo osób powiedziało wtedy, że sztuka robienia dragu była zaledwie jedną z wielu rzeczy, które wyciągnęły z tych spotkań. Okazało się, że to spotkanie z (kompletnie obcymi) ludźmi, ich po prostu otworzyło na różne doświadczenia, a następnie dało możliwość skonfrontowania się z nimi i przepracowania w jakąś piosenkę, czy występ. Więc myślę że nie tyle sam drag, co rozmawianie, spotykanie się i rozpakowywanie tych swoich doświadczeń – w jakikolwiek sposób – jest pomocne.
Kamil: W ogóle spotykanie ludzi innych od nas jest bardzo uczące i dużo można z tego wyciągnąć. To daje się odczuć nawet w naszym kolektywie, gdzie każdy jest bardzo różny i sam fakt, że można poznać inne życia, inne queerstorie, pomaga wiele wyciągnąć z własnych doświadczeń.
Natalia: To jest właśnie super w queerowych wydarzeniach. Bo jak idziesz na spotkanie z pracy, albo jak spotykasz ludzi na studiach, to – mniej-więcej – wszyscy są z tej samej bańki. A potem idziesz na spotkanie queerowe, gdzie łączy cię z tymi osobami z pozoru jedna mała rzecz, którą jest tak naprawdę tylko to wykluczenie, i spotykasz tam ludzi z tak różnych plemion — z tak różnych klas, tak różnych banieczek — i każdy na to jedno doświadczenie związane z wykluczeniem ma kompletnie inną perspektywę.
To jest dla mnie super w queerowych grupach. Że masz dostęp do tak wielu różnych ludzi. I nagle znasz strażaka, prawniczkę, panią, która pracuje na kasie, studiującą osobę trans i może jeszcze poliamorycznego seniora.
To bardzo otwiera oczy. I to jest coś, co bardzo sobie cenię w Śląsku Przegiętym. W żadnej innej grupie, w której się obracam, nie ma tej różnorodności “aż tak”.
Zapewne dużą różnorodność osób uczestniczących w waszych wydarzeniach umożliwiają też praktyki dostępnościowe, które stosujecie coraz częściej i coraz szerzej. Jak queerowanie Śląska łączy się z tworzeniem dostępnych wydarzeń?
Natalia: Kiedy zaczynaliśmy nasze działania, zdarzały się głosy niezadowolenia, w związku z tym, że komunikujemy się po śląsku, ale one szybko ucichły. Kiedy zrobiliśmy po raz pierwszy badania wśród niewidomych osób LGBT+ ze Śląska – wzbudziło to wiele niezrozumienia i negatywnych reakcji. To pokazuje, jak mocno osoby doświadczające dyskryminacji krzyżowej są narażone na hejt. Dlatego od początku naszych działań staramy się wdrażać nowe praktyki tak, by były one bezpieczniejsze dla osób, których te doświadczenia krzyżowe dotyczą. U nas wynikało to też z potrzeby wewnętrznej. Do naszego kolektywu dołączył Jarek, który już pięć lat żyje bez wzroku i szybko zauważyliśmy, że dostępność w tym zakresie jest realną potrzebą osoby, która przychodzi na nasze wydarzenia. Gdyby była nimi zainteresowana osoba na wózku, to zapewne zaczęlibyśmy wdrażanie dostępności od tego.
Kamil: Na tym etapie nie widzę już opcji planowania większego wydarzenia bez – na przykład – audiodeskrypcji. U nas jest to praktyka na tyle naturalna, że ciężko mi sobie wyobrazić, jak można bez niej organizować duże wydarzenie.
Myślisz, że to może być trudne dla niektórych osób organizatorskich queerowych wydarzeń w Polsce?
Kamil: Trzeba na to spojrzeć tak: sęk nie jest w tym, czy to jest trudne, czy nie, tylko po prostu trzeba znaleźć osobę, która się tego podejmie. Kiedy dołączył do nas Marcin Matuszewski, który zajmuje się audiodeskrypcją wydarzeń, to zorganizowaliśmy sobie z nim szkolenia. Sam fakt, że umożliwiliśmy rozwój w tym zakresie sprawił, że wiele osób zadeklarowało chęć do zajęcia się nią w przyszłości, jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba. Oczywiście – to jest praca jak każda inna, więc na etapie planowania wydarzenia trzeba przewidzieć wynagrodzenie dla tych osób. To może być barierą dla niektórych osób organizatorskich. Ale kiedy spojrzymy na to od tej strony, że to jest podstawowa część organizacji naszego wydarzenia, to zobaczymy, że to są zwyczajne koszta, które trzeba wliczyć, i tyle.
Obejrzyj warsztat Śląska Przegiętego na temat organizowania dostępnych wydarzeń queerowych:
Natalia: To jest już po prostu wpisane w fundamenty naszych działań. Tam gdzie jest Śląsk Przegięty, tam jest miejsce dla audiodeskryptora, tam jest sprzęt do audiodeskrypcji. Jasne, że robienie takich wydarzeń jest o parę stów droższe, ale to samo możemy powiedzieć o każdych innych wydatkach z tym związanych.
Jakbyśmy nie promowali wydarzeń, to też by to było o parę stów tańsze, ale wydarzenie niepromowane byłoby w jakimś sensie gorsze. Można komuś nie zapłacić za występowanie i też byłoby taniej, ale czy to ma sens? Dlatego działania dostępnościowe wpisujemy od początku w organizację i planowanie, a jeżeli nie damy rady czegoś zrobić – to wprost komunikujemy, że tego nie ma. W działaniach dostępnościowych ważne jest nie tylko ich zagwarantowanie, ale i uprzedzenie ludzi, że wydarzenie jest w jakimś zakresie niedostępne.
Na przykład – staramy się zapewnić osoby asystenckie, ale i komunikujemy, że przestrzeń, w której robimy imprezę, ma takie, a takie bariery architektoniczne. Albo – że nie ma audiodeskrypcji, ale może być “szeptanka” dla osoby, która będzie tego potrzebowała. Możemy też na tym etapie sprawdzić zapotrzebowanie na “szeptankę”. Jeżeli jej nie ma, to wtedy robimy bez. Istotne jest to, że to wszystko jest przejrzyste.
Chcielibyśmy też robić wydarzenia dostępne dla osób G/głuchych i niedosłyszących, ale na ten moment nie udało nam się do tych osób dotrzeć.
Kamil: Ja tak na to patrzę, że żeby tę dostępność osiągnąć prawie stuprocentowo, to trzeba się czymś porządnie zająć w pierwszej kolejności, jakimś jednym aspektem niepełnosprawności i dopiero wtedy przejść dalej.
Natalia: I też trzeba pamiętać, że nie da się zrobić imprezy, która będzie dostępna dla wszystkich. Każdy z nas ma trochę inne bariery i trzeba to wszystko umieć wypośrodkować. Nie da się zrobić imprezy “z podręcznika lewaka”, gdzie wszystko jest idealne. Żeby uniknąć przerostu formy nad treścią, trzeba myśleć o zrobieniu wydarzenia, które będzie przede wszystkim udane dla tych, którzy na nie przyjdą.
Co chcielibyście przekazać innym osobom organizatorskim wydarzeń queerowych, żeby zmotywować je do tworzenia ich w sposób bardziej dostępny?
Kamil: To jest, wydaje mi się, kwestia dążenia do tego, by być między sobą jak najbardziej na równi. Trudno jest nazywać siebie w pełni dbającymi o równość, jeżeli nie bierzemy pod uwagę tych z nas, których dotyczą doświadczenia krzyżowe. Może się wydawać, że osoby z niepełnosprawnościami nie są zainteresowane naszymi wydarzeniami, ale one zawsze są i zawsze się znajdą. Czasem wystarczy prosta informacja o dostępności, żeby te osoby do nich dołączyły.
Natalia: Może to co powiem zabrzmi radykalnie – zaznaczam, że mówię to jako ja, a nie jako nasz kolektyw – to w końcu jest ten “+” w naszym akronimie. Jeżeli nie wydaje nam się istotne robienie imprez dostępnych dla osób z niepełnosprawnościami, to równie dobrze można by robić imprezy “tylko dla gejów”. I choć takie imprezy się zdarzają, to mówimy tu o ogólnie queerowych wydarzeniach. Dla mnie robienie właśnie takich wydarzeń w sposób niedostępny, jest analogiczne do robienia ich tylko dla kilku literek z naszego akronimu, albo nawet dla jednej.
Jeżeli ktoś robi Pride, ale nie robi go dostępnego, to niech po prostu powie jasno i klarownie, że to jest impreza tylko dla niektórych.
Kamil: No, i my nie robimy takich wydarzeń. (śmieje się) Bardzo cieszę się z tego, że organizując włączające wydarzenia, możemy dać queerom swojego rodzaju opokę. Taką przestrzeń, w której mogą czuć się bezpiecznie i do której zawsze mogą wracać i wiedzą, że zawsze będzie na nich otwarta.
Czasem podczas dużych wydarzeń, na których pracujemy z naszym stoiskiem słyszymy, że “po co poświęcać tyle energii działaniom lokalnym, skoro i tak wszystkie osoby LGBT+ prędzej czy później uciekają do dużych miast?” W kontrze do tego — co chcielibyście przekazać osobom, które zastanawiają się, czy warto działać lokalnie?
Kamil: Nie zapominajmy o tym, że nie wszystkie osoby LGBT+ “uciekły do dużych miast”…
Natalia: …i chyba byłoby bez sensu, gdyby wszystkie uciekły.
Kamil: Na Śląsku jest dużo queerów i czuję, że trochę po to istniejemy, żeby dawać im rozrywkę i to oparcie, o którym mówiłem wcześniej. Patrząc na to, jaka ilość ludzi uczestniczy w naszych wydarzeniach widać, że to ma bardzo duży sens. To daje nadzieję, że będzie ich tylko więcej.
Natalia: Kiedy ucieka się do większego miasta, to to jest od razu spowinowacone z wielkomiejskością, która jest bardzo komercyjna, nastawiona “na sukces”, potrzebę ciągłego “rozwijania się” i pędzenia do przodu
Jeżeli coś zostaje #usiebie – jest lokalne – to może być po prostu bliższe. Nie musi być do końca udane, może być trochę amatorskie, ale jest twoje. To jest twoje, jest tutaj i z nikim się nie ścigasz. I to może być coś, co nie będzie miało efektu wow, nie będzie wielkim projektem opartym o wysoki budżet, a może być czymś małym, kameralnym. Może to być na przykład oddolnie zorganizowana kuchnia społeczna, na którą ktoś przyniesie chleb z wegańskim smalcem i przyjdzie na nią dziesięć osób, ale to będą “swojaki”. Więc lokalność to swojskość, ale i zrzucenie tego całego pancerza “zajebistości”: ten queer może być tak samo bezpretensjonalny jak wyjście do warzywniaka.
Kamil: Tak, ja się bardzo zgadzam z tym, co mówisz Natalia, że to jest takie swojskie, nie?
Natalia: Tak, i jak ci nie wyjdzie makijaż, to nie szkodzi. Bo seniorki w Tychach i tak mega kochają cię za to, że przyszłaś im czytać wiersze – mówię tutaj o Duperelli, która pojechała czytać queerowe wiersze tyskim seniorkom i pamiętam jak pisała, że był straszny upał i połowa makijażu jej spłynęła, a seniorki w ogóle się tym nie przejęły, bo były wniebowzięte samym faktem, że pierwszy raz widzą drag queen, która czyta im wiersze. Poza tym, czy jak mieszkasz w dużym mieście, to czy na co dzień korzystasz w pełni z tego miasta? Prędzej czy później i tak znajdujesz sobie w dużym mieście swoje małe miasteczko.
Myśląc o dużym mieście, często zamykamy to myślenie w granicach tego miasta. Robiąc działania na Śląsku widzimy, że aglomeracja jest tak duża i tak rozbudowana, że jej liczebność jest wcale nie mniejsza niż liczebność dużych miast i jest mnóstwo do zrobienia, by dać tym osobom szansę się ze sobą poznać.
Kamil: Powoli, powoli, my je wszystkie ze sobą poznamy. (śmieje się)
Natalia: Moja rada dla wszystkich osób, które chciałyby zacząć działać lokalnie – sprawdź, czy już ktoś nie robi tego, na co masz pomysł, a jeżeli tak jest – zwyczajnie napisz do tej osoby!
Kamil: Ja tak w zasadzie zrobiłem, że napisałem, że chcę się zaangażować, przyszedłem, zostałem – a teraz proszę – robię wywiad jako członek kolektywu Śląska Przegiętego! Jeżeli chcesz zacząć coś od zera – wiadomo, musisz zmierzyć się z obawami dotyczącymi tego, w jaki sposób w naszym kraju traktowane są osoby queerowe. Ale to czasami są tylko przekonania bez pokrycia w rzeczywistości. Jak współorganizowaliśmy tyskie wydarzenie, o którym przed chwilą opowiadała Natalia, to też usłyszeliśmy, że “no, z seniorkami to może być ciężko, one mogą tego nie zrozumieć” – a było zupełnie inaczej. I to mi pokazało, że ja nie muszę się obawiać tego, że coś, co chcę zrobić jest inne i nowe – nawet jeżeli nie mam przestrzeni, by to samodzielnie zorganizować, to sam pomysł jest warto komuś przedstawić.
Śląsk Przegięty: Działający od 2018 roku interdyscyplinarny projekt i kolektyw poświęcony queerowaniu śląskich tradycji. Skupia się na tworzeniu bezpieczniejszych przestrzeni dla lokalnej społeczności LGBT+, rozwoju śląskiej sceny queer oraz badaniu i upowszechnianiu wiedzy na temat queerowej przeszłości Górnego Śląska. Kolektyw tworzy spektakle dragowo-burleskowe, organizuje imprezy, warsztaty, spotkania i panele dyskusyjne, wspiera też katowicki Marsz Równości i inne inicjatywy aktywistyczne.
Dla aż 66% osób informacja o powstaniu NeuroGrantów była inspiracją do podjęcia działań! Wyjątkowo duża liczba zgłoszeń dotyczyła pomysłów na wsparcie psychologiczne neuroatypowych osób LGBT+, co tym bardziej utwierdziło nas w przekonaniu, że nasza inicjatywa jest potrzebna.
Społeczność została postawiona przed niełatwym zadaniem. Koniec końców wyłoniła 9 grup i organizacji, które dostaną NeuroGrantową kasę na działania. Mamy nadzieję, że z następnymi edycjami specjalnymi uda nam się wesprzeć jeszcze więcej grup z całej Polski! Możesz nam pomóc w realizacji tego celu jeszcze w tym miesiącu, przekazując nam 1,5% podatku (KRS 0000791625).
Poznaj niezwykłe grupy, które wkrótce rozpoczną działania na rzecz neuroatypowych osób LGBT+ #usiebie:
Warszawska Grupa Piramida zamierza stworzyć Herbatkę: ASMR queer show, czyli w 100% dostępne dla neuroatypowych osób LGBT+ wydarzenie dragowe!
Grupa Tęczowe Podbeskidzie rozpocznie w Bielsko-Białej i okolicach cykl wielopoziomowego wsparcia neuroatypowych osób LGBT+ i edukacji osób zajmujących się opieką lub pracą z osobami neuroqueerowymi w aglomeracji beskidzkiej.
Fundacja Z Innej Bajki dzięki NeuroGrantom, włączy w swoje Rozmowy w spektrum spotkania skoncentrowane na neuroatypowych osobach LGBT+. (Rozmowy w spektrum to miesięczny cykl paneli dyskusyjnych, warsztatów i wykładów skoncentrowanych na potrzebach osób neuroatypowych w Świdnicy.)
Fundacja PROMENADA z Opola, dołącza w tym roku do NeuroGrantowych Odmieniaczek oferujących wsparcie psychologiczne! Dzięki NeuroGrantom zorganizują i przeprowadzą 39 konsultacji psychologicznych dla osób neuroqueerowych. Co więcej, obejmą one nie tylko społeczność z Opola i okolic: dzięki możliwości konsultacji online, będą dostępne osobom z całej Polski.
Urocze osoby poprowadzą w Kielcach neuroqueerowy speedfriending i neuroqueerowy klub czytelniczy. Dzięki NeuroGrantom inicjatywa będzie trwała aż pół roku, a Urocze osoby planują robić po 2 spotkania miesięcznie.
Społeczność doceniła także pomysł wsparcia psychologicznego zaproponowanego przez Olsztyńską Fundację CzuliMy. Nosi on nazwę Przystań EUFORIA – bezpieczna przestrzeń dla neuroatypowych osób transpłciowych i niebinarnych i potrwa kilka miesięcy.
Federacja Znaki Równości dzięki NeuroGrantom odpowie na 2 potrzeby lokalnej społeczności – po pierwsze, dostosuje przestrzeń krakowskiego Centrum Równości DOM EQ, tak często odwiedzaną przez osoby neuroqueerowe, do ich potrzeb sensorycznych; i po drugie – stworzy wyczekiwaną grupę wsparcia.
Po raz kolejny serca społeczności skradł pomysł słubickiego kolektywu Queer nad Odrą. Dzięki NeuroGrantom zorganizuje już 3. edycję Niezłej Sztuki Fest — festiwalu arteterapeutycznego, który powstał z myślą o potrzebach neuroatypowych osób LGBT+.
Działająca w wymiarze ogólnopolskim Fundacja Dziewczyny w Spektrum przeznaczy NeuroGrant na Wsparcie i wzmocnienie dorosłych osób LGBTQ w spektrum autyzmu. Będzie się na nie składało 36 godzinnych konsultacji psychologicznych i/lub seksuologicznych.
Nie możemy się doczekać działań, które powstaną w ramach tej edycji! Obserwujcie nasze profile w mediach społecznościowych, aby ich nie przegapić:
Fundusz dla Odmiany jest organizacją pozarządową działającą na podstawie Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie (Dz. U. 2003 Nr 96 poz. 873) i Ustawy o fundacjach (Dz.U. 1984 nr 21 poz. 97). Działania Funduszu mają charakter non-profit.